Korespondencja z Bielska-Białej na 6 Polonijny Dzień Dwujęzyczności. Do tego muzeum powinni trafić polonijni uczniowie!

Bielsko-Biała to miasto ludzi z pasją. O tych pasjach, ludziach i atrakcjach naszego regionu, można napisać wiele. Dziś o człowieku, który poświęcił się swojej pasji do literatury i sztuki. Chcę Wam przedstawić Tadeusza Modrzejewskiego i jego Prywatne Muzeum Literatury im. Władysława Reymonta. To miejsce przedziwne i fascynujące, a najbardziej zdumiewające jest to, że dowiedziałam się o nim niedawno, choć mieszkam w Bielsku od wielu lat. 

Tadeusz Modrzejewski pracował w zakładzie tkackim. Zawsze marzył o tym, by zostać artystą, lecz nie dostał się do liceum plastycznego. Od ponad 30 lat przepisuje ręcznie dzieła Władysława Reymonta. Swoje zadanie zaczął od “Chłopów”. Jest to tym bardziej niewiarygodne osiągnięcie, gdyż skryba cierpiał na dysleksję. Bardzo ciężko było mu przeczytać dzieła swego mistrza, dlatego właśnie zaczął je przepisywać. Po latach pracy „wyleczył się” z dysleksji.

.

.

.

Do tej pory przepisał już ponad 100 ksiąg, wszystkie samodzielnie zilustrował, zszył i oprawił. Większość z nich można podziwiać, słuchając niesamowitej historii ich powstania, opowiadanej przez gospodarza. Klika dzieł mu skradziono. Tych tytułów nie wolno przepisywać po raz drugi, więc nie będzie można obejrzeć ich już w muzeum.

Wszystkie pomieszczenia wykończył sam. Pomalował drzwi, belki pod sufitem, własnoręcznie wykonał witraż z podobizną swojego mistrza w okienku, przez które od wiosny do końca lata, do pomieszczenia na piętrze, dociera światło słoneczne.

Mnie najbardziej urzekło malowidło nad schodami prowadzącymi na piętro, przedstawiające scenę z powieści „Chłopi”.

.

.

.

Przepisywanie to ciężka praca, zwłaszcza, że zimą temperatura w pomieszczeniach spada nawet do minus kilkunastu stopni Celsjusza. Tadeusz zdaje się nie zauważać tych niedogodności. Twierdzi, że się przyzwyczaił. Czasami pisze nawet przez kilkanaście godzin przy świetle świec. Pewnej zimy, zasnął podczas pracy. Był taki mróz, że wisząca nad wejściem do skryptorium klepsydra pękła, co prawdopodobnie uratowało skrybę przed zamarznięciem.

A wszystko zaczęło się od snu… Sen powtarzał się latami, od dziecka. Podczas pełni księżyca mały chłopiec znajduje się przed bramą. Starszy człowiek w okularach, lekko kulejący, bierze go za rękę i przeprowadza na drugą stronę ulicy. Kiedy w 1989 roku Tadeusz otrzymał od władz miasta kamienicę, by zamienić ją w muzeum, po raz pierwszy stanął przed tą bramą osobiście. Od razu wiedział, że to właśnie brama ze snów.  

Skryba uważa się za ucznia Reymonta. Podaje wiele dat i pozornych zbiegów okoliczności na potwierdzenie swoich przekonań: On urodził się 7 maja, ja 8 czerwca. Jeden dzień, jeden miesiąc, jedną epokę później. On jako czwarty z rodzeństwa, ja piąty. Wszystko o jeden. Mistrz i uczeń. Z niego na siłę zrobili krawca, ze mnie tkacza. On umiera w 1925 r., ja rodzę się w 1952.”

.

.

Muzeum zostało otwarte w 1989 roku. Dotychczas odwiedziło go ponad 80 tysięcy gości, w tym gwiazdy kina i telewizji (między innymi Emilia Krakowska, Daniel Olbrychski), prawnuki samego Władysława Reymonta, a także turyści z Chin, Singapuru i Chile. Wyjątkowi goście zostali uhonorowani ręcznie wykonanymi pieczęciami, które wiszą nad drzwiami prowadzącymi do Muzeum. Gości twórca oprowadza sam. Od razu widać, jak bardzo jest zżyty z tym miejscem. Opowiada z wielką pasją o tym co tutaj zrobił i jakie ma plany.

Jednym z największych wyróżnień dla Tadeusza Modrzejewskiego był medal przyznany przez Fundację Reymontowską w Kanadzie. Fundacja chciała zresztą wykupić przepisane przez Modrzejewskiego książki oraz sfinansować jego pensję, na co jednak pasjonat się nie zgodził. Zaproszono artystę do Kanady, ten jednak nie chce już latać samolotem i nie planuje dalekich podróży.

W budynku muzeum panuje specyficzna atmosfera. I nie jest to tylko efekt braku ogrzewania, prądu, czy obecności starych ksiąg, czy obrazów. Wyczuwa się tu coś wzniosłego. Tak, jakby pasja była czymś namacalnym. A właściwie, jakby ta pasja próbowała nas dotknąć. Sam artysta opowiada, że na piętrze, tuż obok skryptorium, gdzie przepisuje księgi, wielokrotnie zdarzyły się omdlenia gości.  Mój syn, prawie dorosły facet, w pewnej chwili zbladł i przestał się odzywać. Po dłuższym czasie, kiedy już opuściliśmy muzeum i siedzieliśmy w jednym z ogródków na Starówce, powoli zaczął dochodzić do siebie. Stwierdził, że nie do końca rozumie, co tam się wydarzyło. Dodam, że zwykle nie wzruszają go tego typu miejsca.

Tadeusz to wyjątkowy człowiek. Z tego, co robi mógłby czerpać całkiem spore zyski, a jednak on woli poświęcić się swojej pasji i pokazywać ją ludziom. Bezinteresownie.

Odwiedzający i okoliczni mieszkańcy wspierają go, przynosząc mu świece, by przy ich świetle mógł dalej przepisywać dzieła swojego Mistrza. Utrzymuje się z datków zwiedzających. Mam wrażenie, że nie chce przyjąć pomocy, bo żyje jednocześnie w dwóch światach – tym znanym nam obecnie oraz w czasach Reymonta, swojego Mistrza.

Martwi go jedynie to, że nie może znaleźć swojego następcy.

Tekst i zdjęcia: Beata Jaczewska

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj