Negishi Elementary School

Podróżujemy po całym świecie. Zwiedzamy ciekawe zakątki! Tym razem interesująca relacja z japońskiej szkoły, gdzie na jeden dzień wybrał się 7.5-letni Michael Zyglicki z Teksasu.  Michael chodzi do Polskiej Sobotniej Szkoły im. Mikołaja Kopernika w Houston i do amerykańskiej szkoły Briargrove Elementary w Houston. Na pytanie co najbardziej podobało się w japońskiej szkole odparł: „W szkole było bardzo czysto. Jedzenie podczas lunchu też było smaczne”.  Komentarz Michaela na temat posiłku wprowadził jego mamę w duże zdziwienie, bo syn je tylko lunch przygotowany w domu. O japońskim doświadczeniu w szkole opowiada pani Dagmara Szymanska-Zyglicki.

Zapraszamy do czytania. Mamy nadzieję, że przykład Michaela będzie inspiracją dla innych rodziców.

Danuta Świątek

xxx

Zeszłoroczną przerwę zwiazaną z obchodzonym w USA Świętem Dziękczynienia postanowiliśmy spędzić w nieco inny niż zazwyczaj sposób – zamiast na narty, wyruszyliśmy na szybki podbój Japonii. Dlaczego właśnie Japonia? Po pierwsze, był to jeden z punktów na naszej „bucket list”, a że trafiły się bilety w dobrej cenie i to z bezpośrednim przelotem (Houston-Tokio), to nie było się nad czym długo zastanawiać.

Ponadto nasz 7.5 letni syn Michael jak był przedszkolakiem, to zaprzyjaźnił się z pewnym Japończykiem, którego tata był w Houston na kontrakcie. Spotykając się z tą rodziną, odkrywaliśmy ich odmienność, poznawaliśmy ich kulturę i niebanalną kuchnię. Zaprzyjaźniona rodzina wróciła na początku sierpnia 2018 roku do kraju kwitnącej wiśni, a konkretnie do Jokohamy, a my z każdym miesiącem nie mogliśmy się doczekać listopada, żeby móc się z nimi spotkać na „ich ziemi”.

Jakim cudownym przeżyciem było zobaczyć ich na lotnisku w Tokio i razem z nimi poznawać sekrety kraju, w którym język angielski jest raczej obcy i posiadanie kogoś mówiącego w obu językach jest czymś na wagę złota. Odwiedziliśmy z nimi kilka ciekawych miejsc w Tokio oraz na jego obrzeżach, ale sednem tego felietonu ma być wizyta naszego syna w japońskiej szkole.

Zacznę może od tego, że rok szkolny w Japonii jest zupełnie inny od tego, co my znamy z Polski lub z USA. Tam dzieci zaczynają szkołę w kwietniu, a kończą w marcu. Okres wakacji nie jest zatem przejściem z jednej klasy do drugiej, ale zwykłą przerwą w trakcie trwania roku szkolnego. W tym roku nasz japoński przyjaciel skończył 1 klasę 25 marca, a 5 kwietnia rozpoczął naukę w klasie 2.

Na pomysł poznania japońskiej szkoły od środka wpadł mój mąż. Szybko ten pomysł podchwyciłam i zaczęłam korespondować z japońską rodziną, czy mogliby podpytać dyrekcję szkoły o taką możliwość. Okazało się, że zanim Michael pójdzie do szkoły, to najpierw my – rodzice musimy się stawić u pani dyrektor i przedyskutować kilka spraw.

boisko szkolne

W szkole zjawiliśmy się całą rodziną, gdy na jej terenie nie było już uczniów. W budynku powitała nas asystentka dyrektorki, która uprzejmie wskazała nam boksy do schowania naszych butów i założenia papuci. Żeby papucie się nie pomieszały, to każdy z nich opatrzony był naklejką z numerkiem. W zmiennym obuwiu zostaliśmy zaproszeni do gabinetu pani dyrektor. Gabinet swoim umeblowaniem przypominał lata 60-70-te w Polsce (mój mąż wyjątkowo pamięta wystrój takich gabinetów, bo rodzice byli dyrektorami szkół w Polsce). Pani dyrektor ukłoniła się i poprosiła o zajęcie miejsc przy stole i na tym nasza rola się skończyła, bo pani dyrektor nie znała języka angielskiego. Pałeczkę przejęła nasza znajoma, która ponad godzinę dyskutowałą z dyrektorką. Na zakończenie spotkania podsunięto nam do podpisania jedną kartkę papieru (wszystko w języku japońskim), z której byliśmy w stanie odczytać tylko jakąś niewielką kwotę jenów (chyba opłata za lunch). Próbowaliśmy podpytać później, czy mamy komuś coś zwrócić, ale otrzymaliśmy odpowiedź, że wszystko jest załatwione, a jedyna ważna i obowiązkowa rzecz, jaką musimy zrobić, żeby nasz syn mógł przyjść do szkoły, to zakup tzw. uwabaków (specjalnych białych tenisówek, które każde dziecko będące na terenie budynku szkolnego, musi posiadać).

papucie podczas wizyty u dyrekcji szkoły
UWABAKI – zmienne szkolne obuwie

Poszliśmy więc do specjalnego sklepu z obuwiem szkolnym i bardzo miła, starsza pani próbowała dobrać odpowiedni rozmiar buta dla naszego syna. Nie chcieliśmy jej sprawiać przykrości, mówiąc, że my te buty potrzebujemy tylko na kilka godzin, więc próbowaliśmy zachować kamienną twarz i przetestować naszą cierpliwość.

20 listopada (wtorek) 2018 roku nasz syn, ubrany zgodnie ze standardami amerykańskimi, ale obowiązkowym, zakupionym dzień wcześniej obuwiem, a co najdziwniejsze – bez znajomości języka, stał się na jeden dzień uczniem japońskiej szkoły (Negishi Elementary School). W tym dniu był tzw. open house, więc większość rodziców w papuciach stała na końcu każdej klasy lub na korytarzu i przysłuchiwała się prowadzonym przez nauczycieli zajęciom. Pani Inamura (nauczycielka klasy 1) jak tylko zobaczyła Michaela, to podeszła do niego i przedstawiła go klasie, mówiąc skąd pochodzi i od razu poprosiła syna naszych znajomych, aby z nim usiadł. W całej klasie tylko tych dwóch chłopców potrafiło się ze sobą komunikować w języku angielskim. Po zakończeniu lekcji pokazowej (bo ja bym ją chyba tak nazwała), wszyscy opuściliśmy szkołę. 

Z raportu, który otrzymaliśmy po całym dniu, dowiedzieliśmy się, że Michael uczestniczył w zajęciach muzyki. Klasy 1-3 przygotowywały się wtedy do muzycznego festiwalu, który miał się odbyć w grudniu. Kolejną lekcją były zajecia z wychowania fizycznego na placu przed szkołą. Dzieci grały w dwa ognie, a nasz syn ponoć skutecznie uciekał przed piłką. Następnie była przerwa na lunch w szkolnej kafejce. Lunch skladał się z: mleka, ryżu z furikake (fish flakes), tofu, warzyw (między innymi soja) i zupy (niestety nie podano nam jej nazwy). Po lunchu dzieci miały za zadanie uprzątnąć klasę. Każdy uczeń posiada swoją własną ściereczkę, za pomocą której czyści klasę. W związku z tym, że Michael takiej nie posiadał, to przypadła mu w udziale miotła, którą zamiatał klasę. Ostatnie zajęcia w tym dniu, to zajęcia plastyczno-techniczne, na których dzieci wykonywały naszyjniki lub bransoletki z użyciem żołędzi. Naszyjnik przywieźliśmy ze sobą do Houston.

Z relacji pani nauczycielki wynika, że wszystkie dzieci były bardzo zainteresowane naszym synem, ale niestety barierą do zawarcia znajomości był brak znajomości języka (w przypadku naszego syna – języka japońskiego, w przypadku japońskich dzieci – języka angielskiego).

W Japonii prawie każde dziecko po zakończonych zajęciach wraca samodzielnie do domu. Niejednokrotnie widzieliśmy dzieci, które same stały na stacji pociągu/metra i czekały na właściwy pociąg. Ponadto dowiedzieliśmy się, że japońskie dzieci przez całą szkołę podstawową mają tylko jeden plecak. Nazywa się on randoseru i kosztuje całkiem sporo. Plecak syna naszych znajomych kosztował 600 dolarów.

randoseru – szkolny tornister

Pomimo, że ten dzień mogliśmy wykorzystać w zupełnie inny sposób, to uważamy, że pobyt w japońskiej szkole był dla naszego syna świetnym doświadczeniem i dał mu możliwość zobaczenia różnic między szkołą amerykańską, do której chodzi na co dzień oraz polską sobotnią szkołą, której także jest uczniem. Odnośnie Japonii – na pewno tam jeszcze wrócimy!

.

Opowiedziała: Dagmara Szymanska-Zyglicki

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj