Po co jechać do Portland i dlaczego akurat tam? Hm, nad kolejny domowy weekend długiej nowoangielskiej zimy przedkładamy podróż dokądkolwiek, a skoro już tak dobrze przyzwyczailiśmy się do zimna, to dlaczego nie wybrać się tam, gdzie jest jeszcze zimniej, czyli nad ocean w Maine? Zobaczyć wreszcie Portland, o którym tyle słyszeliśmy i czytaliśmy. Amerykanie mają na stan ducha, w którym podejmujemy tę decyzję, określenie: cabin fever.

Portowe Portland (bo jest jeszcze Portland w Oregonie) znane jest chyba przede wszystkim z tego, że jest znane, ale jest również stolicą stanu, największym miastem w Maine (66 tys. mieszkańców) i ma malowniczą dzielnicę Old Port – lokali, sklepików z wyrobami rozmaitych rzemieślników, księgarni i butików – gdzie na portowe trunki, zakupy i spacery po brukowej kostce wyprawiają się latem bostońscy i nowojorscy yuppies i hispstersi. Zimą raczej nie wybiera się tam nikt – co już samo w sobie wydało nam się dobrym powodem, by to zrobić.

 

 

 

Najbliższe Bostonu (około trzech godzin drogi) i Nowego Jorku Portland leży w najzimniejszym chyba po Alasce stanie. Maine jest w dodatku niemal bezludne, jeśli porównamy je z resztą Nowej Anglii. Chlubi się tysiącami mil poszarpanego skalistego wybrzeża, sosnowymi lasami (80 proc. powierzchni) i znaczącą populacją łosi, krabów (Krabi Instytut to jedna z tutejszych naukowych placówek) oraz borówek amerykańskich. Jeśli lubicie te ostatnie, to szansa że jedliście jakieś niewyrosłe w Maine, jest praktycznie żadna, bo stan ten odpowiedzialny jest za 99 proc. produkcji borówki w całych Stanach Zjednoczonych. Maine znane jest również z udomowionego wielkiego dzikiego kota rasy – zgadliście – Maine Coon (puszyste, inteligentne „mainecoony” są obok „persów” popularnymi kotami lepiej sytuowanych kocich wielbicieli w Polsce), oraz z pszczół. Tak, pszczół – w tutejszych lasach mieszka wielu ich hodowców, a niektórzy z nich, jak Burt Schavitz, znany nowojorski fotoreporter, porzucają dla pszczół dobrze płatną korporacyjną pracę. Burt zostawił Nowy Jork dla Maine i pszczół w latach 80. Jak wielu tutejszych hodowców, przejęty sytuacją pszczół na świecie i rozumiejąc, jak ważne są dla ekosystemów i naszego przetrwania, zaczął hodować te owady i z czasem założył z koleżanką własną minikorporację, produkujacą miodowe kosmetyki i produkty zdrowotne – Burt’s Bees. Męczy Was kaszel? Cukierki Burt’s Bees to zdrowa i smaczna (potwierdzam) alternatywa dla najpopularniejszych tego typu produktów z niższych półek, oczywiście całkowicie naturalna i naturalnie wcale nie tania.

 

 

 

Portland przyciąga swoją publiczność między innymi tzw. sceną kulinarną (w Ameryce określenie to może równać się europejskiej „scenie kulturalnej”). Można ją opisać jako lekko dekadencką i hedonistyczną, zwłaszcza w kwestii trunków. Co również może dać nam wyobrażenie o klimatach Portland. Tak, są restauracyjne, portowe, industrialne i – rzecz jasna – hip. Portland samo o sobie: Our hip metropolis offers a natural authenticity unlike that of most of urban centers. Cokolwiek miałoby to znaczyć. Prawdziwe gazowe latarnie i brukowa kostka nie czynią jeszcze z Portland Beacon Hill, ale na pewno dodają punktów. Portland przypomina chwilami fabryczną Łódź, tyle że z wiktoriańską architekturą i szczyci się największą w kraju renowacją portowych spichlerzy w Starym Porcie. Dodajmy do tego scenę artystyczną (szkoła artystyczna, teatr, balet, trochę wydarzeń kulturalnych w przystępnych cenach i Portland Museum of Arts nie tylko z impresjonistami, uznawane za jedno z najlepszych w Nowej Anglii), sporo industrialnych murali, browarów, irlandzkie puby, galerie z lokalną ceramiką (w tym superprodukcje Edgecomb Potters, których słynne krystaliczne szkliwa po raz pierwszy widziałam w Freeport) i dziwaczne muzea (np. Muzeum Etui na Parasolki czy też muzeum nieistniejących zwierząt, takich jak Yeti i potwór z Loch Ness), prom na pobliskie wyspy Casco Bay i do Kanady, siedem latarni morskich oraz fakt, że w Portland urodzili się H.W. Longfellow i Stephen King (ten ostatni do dziś rezyduje w Maine), co miasto z ochotą podkreśla, a otrzymamy rzeczywiście pożądaną destynację o posmaku gęstym, dosyć ciężkim, półsłodkim i nieco mrocznym. Jak porto?

 

 

 

Codziennie chcemy zobaczyć coś nowego – pisze w swojej błyskotliwej i pięknej, niestety nieprzetłumaczonej jeszcze na polski książce pt. „Wonder” amerykański psychiatra, pisarz i nauczyciel medytacji doktor Paul R. Fleischman. Jednocześnie jednak – nic z tego, co widzimy, nie jest tak naprawdę nowe. Rzeczywiście, w każdym miasteczku Nowej Anglii odnajdziemy tę samą siłę grawitacji, która powstrzymuje skały od oderwania się od powierzchni Ziemi, a jednocześnie nie pozwala im się zapaść do jej wnętrza. By zobaczyć cokolwiek nowego, potrzebujemy nie tylko ruszyć się z domu, ale też zdać sobie sprawę z tego, jak cudowne są tak naprawdę rzeczy, którym na co dzień nie poświęcamy wiele uwagi: na przykład sam fakt widzenia czy sama siła grawitacji.

 

 

 

Nasza decyzja okazała się pod wieloma względami chybiona – Portland zimą zapada najwyraźniej w sen zimowy. Jest tu melancholijnie i nostalgicznie w najlepszym przypadku, a w najgorszym – pusto, nie najczyściej i smutno. Marketing ma Portland jednak bardzo kreatywny i nawet jeśli przekonaliśmy się na własne oczy, że niewiele jest tu o tej porze roku do zobaczenia, pierwszy z brzegu promocyjny katalog, hojnie rozdystrybuowany po gazetowych budkach w całym mieście, przekona nas, że po prostu nie trafiliśmy we właściwe miejsca, o właściwej porze, z właściwym światłem, po właściwym obiedzie, we właściwym towarzystwie…

 

 

 

Największe wrażenie – obok pięknej ceramiki z lokalnych studiów – zrobiła na nas przemianowana na muzeum wąskotorowa kolejka, która przed Świętami Bożego Narodzenia zamienia się w Polar Express i zabiera dzieci w wyimaginowaną podróż na północny biegun, do Świętego Mikołaja. Boston miał dawno temu bardzo podobne wagony naziemnej kolejki. Wędrujemy wzdłuż zaśnieżonych torów. Wspinamy się na schody. Zaglądamy do środka i udajemy się w małą podróż w czasie. Podróż do Portland okazuje się jednak – jak każda inna – odświeżająca i warta zachodu.

 

 

Tekst i zdjęcia: Lidia Russell

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj