Brzmi bajkowo, ale nie jest to kraina fantazji. Zamek w Chmurach postawił na wzgórzach miasteczka Moultonborough ktoś, kto zdecydowanie mocno stał nogami na ziemi. Obecni zarządcy budowli, jak wielu Amerykanów, mają smykałkę do marketingu. W tak ubogim stanie, jak New Hampshire, zamieszkałym przez wielu hillbillies (stereotyp niezbyt rozgarniętego górala), każda turystyczna atrakcja jest na wagę złota – co ambitniejszym daje zatrudnienie i generuje dochody. Dlatego zamek po milionerze z branży produkcji butów, który postawił go dla swojej drugiej żony (moje błyskotliwe pytanie z tej okazji brzmiało: Dlaczego dla żony?, a pytanie mojego męża: Dlaczego dla drugiej?), stanowi obok wypożyczalni łódek i kajaków największy biznes w okolicy. Każdy dorosły człowiek zostawia tu organizacji non profit, która się budowlą opiekuje (Castle Preservation Society), minimum $14.

 

 

 

My dziś bardziej w nastroju „z głową w chmurach”, od zwiedzania historycznej budowli i muzeum wolimy więc pochodzić po górach, czyli też z nogami mocno na ziemi. Najlepiej robić to w wygodnych trekkingowych czy solidnych sportowych butach (o czym pamiętam, odkąd wiele lat temu w Tatrach wybrałam się raz na samotną wspinaczkę czarnym szlakiem w deszczu w ślicznych tenisówkach). Góry w tych okolicach New Hampshire, zwanych regionem jezior, to co prawda zaledwie pagórki, bo najwyższy szczyt masywu zwanego Ossipee Mountains to 910 m, ale nawet jeśli chcemy tylko pooglądać okolice zamku i okoliczne wodospady, wspinaczka z okolic Jeziora Winnipesaukee zajmie nam minimum godzinę.

 

 

 

Castle in the Clouds Conservation Area daje do wyboru kilka szlaków o różnym stopniu trudności. W niektóre miejsca, tak jak np. do Shannon Pond czy do samego zamku, można też dojechać samochodem (jeśli chcemy płacić za parkingi), nawet jeśli nie brzmi to szczególnie rekreacyjnie. Podjazd do zamku drogą na stokach zapewnia wg Trip Advisor moc wrażeń, głównie związanych z jej szerokością i wysokością spadu. Przy wyborze szlaku nie dajmy się jednak zwieść słowu moderate – tak opisywany może oznaczać całkiem stromą i forsowną kilkunastokilometrową wspinaczkę. Krajobrazy po drodze urozmaicają wielkie narzutowe głazy, strumyki, wspomniane wodospady, a według autorów opisów szlaków, napotkać tu można również lisy. Dlaczego lisy miałyby wyzbywać się swego sprytu na rzecz spotkania z turystą, nie wiem, ale przypominam sobie wiersz Mary Oliver o spotkaniu z lisem. Lis przekonuje w nim poetkę o tym, że jest ona bohaterką jego książki, co ta przyjmuje ze zdziwieniem. Przecież pisanie jest domeną wyższych gatunków – tak, tych, które wg lisa robią dużo hałasu swoimi słowami i próbami zdefiniowania świata, zamiast jak one, lisy – po prostu być. Dlaczego zamiast po prostu iść szlakiem, robię hałas?

 

 

 

 

Piękne imię Jezioru Winnipesaukee nadali Native Americans i oznacza ono w ich języku „Uśmiech Wielkiego Ducha”. By zobaczyć ten uśmiech w całości, trzeba się wspiąć wysoko, w niższych rejonach dojrzymy co najwyżej kącik ust czy fragment górnej wargi, w dodatku szczelnie zastawiony pomostami i zacumowanymi przy nich żaglówkami, z rzadka piaszczysty i słabo zaludniony, jak plaża w zatoczce, którą zdarzyło nam się odwiedzić na piknik. Jezioro jest trzecim co do wielkości akwenem w Nowej Anglii (ponad 30 km długości i 15 km szerokości) i popularnym schronieniem przed letnimi upałami dla nowojorczyków i bostończyków. Na tafli unosi się 258 wysp.

 

 

 

Tereny wokół zamku są rozległe, malownicze i warto je poeksplorować. Zatrzymując się na szlaku, by odpocząć, żartuję, że jeśli na końcu tej wspinaczki nie czekają na nas lody, nie idę dalej. Wygląda na to, że intuicję mam w dobrej kondycji, bo na końcu szlaku, w sielskiej dolinie, obok stadniny koni (dostępne przejażdżki), jeziora z tęczowymi pstrągami, kaczek i pagórków, ręka Wielkiego Ducha umieściła również drewnianą budkę z lodami. Sprzedają je uczennice czy studentki, wyraźnie zadowolone, prawdopodobnie z tego, że udało im się znaleźć pracę na wakacje, w dodatku w tak pięknym miejscu. W chmurach miętowe lody z czekoladą smakują całkiem dobrze.

 

 

 

Zamek otwiera swoje podwoje w sezonie, czyli latem i prawie do końca października (najazd turystów z okazji foliage). Stowarzyszenie Astronomów z New Hampshire zaprasza na krużganki do obserwacji słońca i gwiazd przez teleskopy, muzycy zapraszają na Muzyczne Noce, dawna wozownia – na zdrowe posiłki, a nauczyciele jogi na lekcje w chmurach, na zamkowych tarasach i łąkach. Pełny wykaz atrakcji znaleźć można na stronie zamku. Warto też pamiętać, że New Hampshire to stan, w którym zakupy są nieopodatkowane.

 

 

 

Goście restauracji znad talerza pod chmurką (bo zjeść można również na patio) podziwiają widoki tak, jak zaplanował to sobie milioner Thomas Plant, gdy budował swój 16-pokojowy dom marzeń, który podarował żonie jako prezent ślubny. Budowla reprezentuje styl architektoniczny zwany craftsmanship. Filozofia tego stylu wyraża się m.in. w używaniu naturalnych materiałów z regionu, w którym budynek powstaje (kamień, drewno), prostocie, funkcjonalności, trosce o niefabryczny rodowód wystroju i materiałów. Budowla w stylu craftsmanship odzwierciedlać ma sympatię pomiędzy klasami społecznymi i kontrastować z magnacką ostentacją willi milionerów, np. z Rhode Island czy Newport. Zamek ukończono w 1914 r. Autorem projektu był architekt z Bostonu. Miejsce jest dziś popularną destynacją młodych par, które ściągają tu zarówno na ślubne ceremonie, jak i przyjęcia. Któż nie lubi amerykańskich success story? Pan Thomas Plant z niewykształconego pracownika fabryki butów w Lynn zamienił się we właściciela własnej fabryki – w wieku 27 lat, a  gdy miał lat 51, posiadał już fotunę ($ 21 milionów). Którą stracił co prawda później za sprawą krachu na giełdzie i w 1940 r. był już biedakiem ściganym przez wierzycieli, ale na szczęście pozwolono mu mieszkać w Zamku w Chmurach do końca jego dni.

A my udajmy się na skaj łąki popatrzeć na uśmiech Wielkiego Ducha.

 

 Lidia Russell  

 

 

Poprzedni artykuł„Holenderski znam tylko latem” – rozmowa z profesorem Andrzejem Pisowiczem z Uniwersytetu Jagiellońskiego
Następny artykułTaneczno Filmowe Półkolonie – część II

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj