Dziś kierujemy się do Kruszwicy, nad legendarne jezioro Gopło. Mysia Wieża może poczekać, zaczynamy od rejsu statkiem „Rusałka” , który właśnie przypłynął do brzegu. Na jego pokładzie jest zaledwie 12 osób, chociaż statek może pomieścić ich aż 150.

– Z roku na rok jest gorzej z turystami – zwierza się kapitan, który przyszedł do nas na pogawędkę . – A przecież tu jest tak pięknie. Woda coraz bardziej czysta. Nawet wróciły raki.

Rozglądam się. Ptaki kołyszą się na wodzie. Ludzie kąpią się przy brzegu. Mężczyzna kiwa nam z żaglówki. Brakuje tylko rusałki, tej z wody, o której czytałyśmy legendę. Kobiety, która nie zawsze jest dobrą istotą, żyjącej w jeziorach i rzekach.

Dziewczynki siedzą przy oknie i patrzą na wodę. Może wyjdzie rusałka? A może nie?
Póki co żyjemy za pan brat z naszą „Rusałką” i jego kapitanem.

– Mam nadzieję, że moje wnuki albo wnuczki też będą mówić po polsku – mówi kapitan, gdy słyszy jak rozmawiają Kimberly i Natalie. – Na początku sierpnia córka wyszła za mąż za Francuza i mieszka w Belgii.

45 minut na Gople mija jak z bicza strzelił. Schodzimy na ląd, u stóp Mysiej Wieży. A potem po schodach na jej szczyt. Dobra gimnastyka. Schodów prawie 200! Babcia C. zostaje na ławeczce. Kimberly i Natalie prawie fruną, a nie idą, a ja podążam za nimi. Po drodze mijam zadyszane osoby. Nie jest ze mną jeszcze tak źle. Myślę w duchu.

Ze szczytu Mysiej Wieży rozciąga się słowiański krajobraz. Płaskie łaty ziemi. Drzewa. Spokój.

Na koniec zasłużone lody u „Piasta Kołodzieja”, restauracji, gdzie czas się zatrzymał w czasach komunistycznych. Ta sama dekoracja na ścianach jak w latach 80-dziesiątych. Upał w środku, brzęczące osy nad stołami. Zadyszana pani kelnerka obsługująca liczną grupę ludzi.

Ale przecież nam się nie pali!

Danusia Świątek

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj