Pani Ewa

Tradycje rodzinne są różne, a tradycja odtwarzania słynnych polskich nalewek jest wyjątkowa, szczególnie jeśli jest kontynuowana poza granicami Polski. Podobno grzechem jest jej nie przekazywać następnym pokoleniom. Nalewka była symbolem biesiadowania i też wykorzystywana w celach leczniczych.

O rodzinnych tradycjach, związanych z nalewkami opowiada Ewa Wiśniewska, nauczycielka w Szkole im. Karola Wojtyły w Linden, NJ.

Nalewki pamiętam od zawsze w naszym rodzinnym domu! Zadbała o nie babcia Jadzia, mama taty. W gąsiorkach już od maja ruszała pierwsza produkcja. To wtedy właśnie babcia chodziła do lasu i przynosiła młode pędy sosny. Potem były truskawki, maliny, śliwki, wiśnie, jeszcze zielone orzechy włoskie, na suszonych owocach kończąc. Nalewki były podawane przy okazji rodzinnych spotkań, po głównych daniach, do pysznych ciast lub lodów. Babci nalewki zawsze były wspaniałym dopełnieniem rodzinnej uroczystości. To właśnie na zakończenie każdy mógł delektować się domowej produkcji adwokatem lub  likierem czekoladowym, który babcia, z francuskim akcentem, nazywała cacao choix. 

Na wszystkie dolegliwości gardłowe pomagała nalewka sosnowa, a przeziębienia i katary, babcia leczyła  nalewką malinową. Na wszelkie jesienne wirusy zapobiegawczo była stosowana nalewka  miodowo-cytrynowa, czasem, miodowo-cytrynowo-pomarańczowa, dodawana w ilości jednej łyżki do kubka herbaty przed spaniem. Ból brzucha leczony był nalewką orzechową, a rozstrój żołądka nalewką pieprzową. Ta ostatnia nigdy mi nie smakowała i dlatego nie narzekałam na żołądek. Babcia trzymała wszystkie nalewki  w dębowym kredensie, który po jej śmierci trafił do muzeum w Łomży.

 

Babcia Jadzia i 5-letnia prawnuczka Karolinka. W tle kredens z nalewkami.

Babcia Jadzia, która dożyła 91 lat, właśnie kojarzy mi się najbardziej z nalewkami. Gdy rozkoszuję się swojej roboty nalewkami, moje myśli do niej biegną. Powracają rodzinne wspomnienia. Babcia, mając 34 lata została wywieziona  z dwoma synami (mój tata miał wtedy  10 lat i jego brat  6) na Syberię. Tam spędzilli 6 długich lat. Tam też babcia dowiedziała się o śmierci swojego męża. Jej młodszy syn zmarł na białaczkę, mając zaledwie 26 lat. Pomimo tych traumatycznych przeżyć, babcia zachowała niezwykły optymizm i radość życia. Była bardzo pogodna, zawsze uśmiechnięta i pełna życzliwości dla innych ludzi. Swoją miłością i ciepłem  otaczała nie tylko swoje wnuki, ale również wnuki swoich sióstr i braci. Pamiętam, że każde  rodzinne święta i uroczystości kończyły się noclegiem na podłodze u babci. Zabierała nas  wszystkich do siebie, a rano smażyła najpyszniejsze na świecie racuszki z jabłkami. W jej spiżarce zawsze stało mnóstwo przetworów z pięknymi naklejkami i opisem zawartości oraz data produkcji. Nigdy nic sie u niej nie zmarnowało. Umiała wszystko przerobić na  smaczne jedzenie. Nauczyła mnie, że w życiu liczą się  rzeczy ważne, na blahostki szkoda czasu i energii.  Była i jest moim największym i najbliższym mi autorytetem.

Oczywiście, że robię nalewki. W tym celu jeżdżę specjalnie na farmy, aby uzbierać  pachnących owoców, chociaż z przykrością przyznaję, że te babcine były znacznie lepsze. Robię nalewki truskawkowe, wiśniowe, malinowe, miodowo-cytrynowo-pomarańczowe, jeżynowe i dzięki uprzejmości koleżanki Janeczki, także winogronowe, bo dostarcza mi wspaniałych winogron. Robię też nalewki  jajeczne i  czekoladowe. Najdłużej robi się nalewki owocowe. Od chwili przyniesienia  owoców do pierwszej degustacji mijają trzy miesiące. Dwie ostatnie (jajeczna i czekoladowa)  są już dobre po dziesięciu dniach. Z każdej producji staram się zachować jedną butelkę na szczególną okazję. To właśnie one wędrują do mojego kredensu. Pozostałe wynoszę do piwnicy i w ciągu roku  zapasy znikają.  Obecnie moja najstarsza nalewka pochodzi  z 2011 roku. Tymi wcześniejszymi świętowaliśmy narodziny  mojej pierwszej wnusi, która urodziła się w 2017 roku. 

 

Nalewki pani Ewy

 

Jeżeli chodzi o lecznicze właściwości nalewek, to mam je sprawdzone głównie na sobie i mężu. Jesienią, często popijamy nalewki bez okazji, zwykle wieczorem, ogladając telewizję. Nie pamiętam kiedy ostatni raz chorowaliśmy, a do szczepionek  mam  ograniczone zaufanie i  ich nie przyjmuję. Nalewki w domu są moją domeną. Ani mój mąż, ani nasze dzieci nie wykazują chęci, by przyłączyć się do mojej pasji. Ale po cichu marzę, że mojej malutkiej wnuczce, jak podrośnie, przekażę tradycję robienia nalewek.

 

Zanotowała: Danuta Świątek

Zdjęcia: archiwum rodzinne E. Wiśniewskiej

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj