Elżbieta Muskat-Tabakowska
Elżbieta Muskat-Tabakowska

 

Każdy akt tłumaczenia jest tak mocno osadzony w kontekście, że nie sposób podać jednoznacznego przepisu, jak na zupę – mówi prof. Elżbieta Muskat-Tabakowska* w rozmowie z Joanną Durlik.

 

Powiedziała Pani kiedyś, że źródłem najpoważniejszych różnic między językami nie jest słownictwo, ale gramatyka. Bardziej intuicyjne wydaje się odwrotne stwierdzenie, to przecież z tłumaczeniem pewnych słów mamy problemy: Schadenfreude, amae, kombinować… A zdanie w końcu da się zbudować w każdym języku. Więc dlaczego?

Owszem, pokutuje takie przekonanie, że jak ktoś nie jadł bigosu, to nigdy nie będzie wiedział, jak taka potrawa smakuje. Do pewnego stopnia jest to prawda, każda nazwa jest z natury rzeczy metonimiczna, to znaczy zostawia cały duży margines niedopowiedzenia, miejsc niedookreślenia, jak w fenomenologii, jak u Ingardena. Ale ostatecznie leksem, czyli słowo, da się zawsze przełożyć kosztem, czasu, wysiłku, metodą kolejnych przybliżeń…

Czyli bigos to danie z poszatkowanej kapusty…

To nigdy nie będzie idealne przybliżenie, ale nawet na płaszczyźnie jednego języka słowa też nie znaczą dla każdego użytkownika dokładnie tego samego, bo na znaczenie nakłada się indywidualne doświadczenie, osobiste przeżycia itp. Więc pomiędzy językami leksemy też nigdy nie będą w pełni przekładalne, ale mnożąc definicje, detale obrazu, coś się da zrobić. Ale gramatyka także symbolizuje treść. W każdym systemie gramatycznym zamknięty jest punkt widzenia wspólnoty językowej. I czemu na przykład mamy trudności z nauczeniem się czasów gramatycznych w języku angielskim? Weźmy klasyk z podręcznika: She was taking the shower when the telephone rang. I teraz “malujemy” to. Język nakłada na obraz ramę, przez która patrzymy, a jednocześnie informuje nas, że po obu stronach tego obrazka były poprzednie i będą kolejne obrazki. Dzwonek telefonu to jest w tej historii krótkie wydarzenie, taka czerwona błyskawica na obrazku, a o prysznicu wiemy, że się zaczął, że potrwa, ale w ramce obrazka mamy tylko środek. Sama forma gramatyczna przekazuje od razu informację, że po obu stronach ramki coś jest. Podczas gdy po polsku – kiedy brała prysznic, zadzwonił telefon – oba zdarzenia mogły się zmieścić w ramkach w całości. I teraz najważniejsze: normalnie język niesie ze sobą tyle informacji – które w konkretnej wymianie zdań są nieistotne – że  różnice te nie przeszkadzają, ale może się zdarzyć, że będą przeszkadzały.

Zapewne nie będą przeszkadzały, kiedy w towarzyskiej rozmowie będziemy komuś relacjonować przebieg dnia.

Ale weźmy taki przykład. Jakiś czas temu Gazeta Wyborcza  zamieściła naklejkę z rysunkiem w kształcie czarnego parasola i podpis „Nie składamy parasolek”. I skąd wiadomo, że to chodzi o strajk kobiet? Gramatyka nam to mówi! Parasolka, w przeciwieństwie do parasola, jest własnością damską. Tylko co z tym zrobić w tłumaczeniu? Klasykiem jest kłopot z przekładem wiersza Heinego, wiersz opisuje romans między dwoma drzewami. I wszystko byłoby świetnie, tylko po polsku wierne przetłumaczenie nazw tych drzew sugerowałyby związek partnerski, niekoniecznie zgodnie z intencją autora… Albo słynna określoność i nieokreśloność w języku angielskim, którą po polsku bardzo trudno oddać. Bo kłopot w tym, że określoność albo nieokreśloność nie tkwi w rzeczach, tylko w nas. Ta filiżanka, czyli która? Ważne jest, kto wie, która to konkretnie filiżanka. Ja i pani? Kelnerka, która nam je przyniosła? Ktoś w przeciwległym kącie sali? Kiedy uczymy się angielskiego, słyszymy, że zawsze trzeba mówić „the sun”, bo jest tylko jedno. Ale w języku astronomów  powiemy „a sun”, i jak to przetłumaczyć?

Skąd te gramatyczne różnice między językami?

Czy gramatyka odzwierciedla punkt widzenia, czy też może punkt widzenia dostosowuje się do gramatyki? Jedno z plemion indiańskich, chyba Nawaho, nie ma zupełnie struktur odpowiadających za wyrażanie czasu przyszłego. I oni tłumaczyli któremuś znanemu językoznawcy, że o tym, co będzie, wie tylko bóg, a bóg nie mówi w języku, więc język nie dysponuje czasem przyszłym. Oczywiście, Nawahowie mówią o tym, co się ma wydarzyć, ale używają do tego niespecyficznych struktur gramatycznych.

I teraz pytanie, czy najpierw były wierzenia, które ukształtowały język, czy najpierw był język, a wierzenia dopasowały się do niego?

Trudno na to pytanie odpowiedzieć. A skąd się biorą nowe struktury gramatyczne? Idąc tropem, że gramatyka odzwierciedla postrzeganie świata, nowa struktura wskazuje nam, że ktoś coś w świecie zobaczył w nowy sposób i przekazał to w języku. Weźmy na przykład przysłówek „pomimo”. „Mimo” znaczy obok, to jeszcze brzmi w gwarach: „przejść mimo drzewa”. Dokładamy do tego „po”, które znaczy „później”, i mamy strukturę znaczącą: przeszedłszy obok czegoś, minąwszy coś. Minąwszy, czyli nie zwróciwszy na to większej uwagi. Albo weźmy zdanie „będę dalej o tym mówić, chyba że mnie pani powstrzyma”. „Chyba” jest od „chybiać”, chybiać celu. I teraz nakładają się na siebie dwie rzeczywistości. Pierwsza: ja mówię jeszcze przez godzinę. Druga: pani mnie zatrzymuje. I teraz, jeśli pani zatrzymywanie chybi celu, to ja będę gadać. Te niegdyś nowe struktury utrwaliły się w wyniku zjawiska, które się nazywa konwencjonalizacją. Ktoś tak raz powiedział, a ktoś inny pomyślał „niegłupie to jest, pomaga się porozumieć, to ja też tak będę mówić, nauczę swoje dzieci tak mówić”. I jeśli ta nowa struktura zostanie przyjęta przez większą liczbę użytkowników, to staje się częścią systemu.

A co w takim razie począć z różnicami pomiędzy systemami dwóch języków, o których już wspominałyśmy?

Szukać ekwiwalentów. Na przykład polskie „chyba” możemy przetłumaczyć na angielskie„in spite of”. „Spite” znaczy pogardzać, czyli wychodzi „w pogardzie mając”. Słowo „spite” w tym zwrocie oczywiście straciło po drodze swoje negatywne zabarwienie.  Weźmy inny przykład: język angielski nie ma  struktur typu „zachciało mi się spać”. Bo co ta struktura sugeruje? Że ta chęć wzięła się nie wiadomo skąd, jakoś mnie znalazła. I tu dotykamy wręcz pewnych stereotypów narodowych, choć może nie do końca poprawnie politycznie jest o nich mówić. Mamy w tej strukturze taki stereotyp Polaka, Słowianina, który wierzy w tajemnicze moce, oddziałujące na ludzi. „Zimno mi” – ale co zimno, kto zimno? Po angielsku powiemy „I AM cold”, to ja czuję to zimno.

Tymi celownikowymi strukturami trochę zdejmujemy z siebie odpowiedzialność. „Zachciało mi się spać” – to nie ja chcę, to „coś” się zachciało…

Oczywiście, tak. Albo popatrzmy na struktury z biernikiem. Taki ładny zwrot gwarowy „coś mnie kaszle”, albo zwyczajne „boli mnie”. I w innych słowiańskich językach jest podobnie. Anna Wierzbicka podaje znany przykład „Iwana priwaliło sosnoj”.

Nawet nie ta sosna go przygniotła…

Sosna przecież nie ma mocy sprawczej – to „coś”, to jakaś siła go przywaliła. I tego już się naprawdę nie da przetłumaczyć. Żeby to zdanie w pełni zrozumiał ktoś z innej kultury, to trzeba byłoby mu przekazać całe tło kulturowe, wierzenia Słowian, rolę przyrody w tych wierzeniach. I kiedy sobie wyobrazimy na przykład sytuację negocjacji biznesowych czy politycznych, to te ukryte znaczenia mogą być całkiem znaczące. Kto jest w zdaniu faktycznie podmiotem, kto jest odpowiedzialny za akcję… Więc to są największe problemy, nie z bigosem.

Od wielu lat uczy Pani przyszłych tłumaczy. Jak przygotowują ich Państwo do tych wyzwań?

Można teoretycznie, choć ja jestem sceptyczna i zawsze mówię moim studentom, że teoria przekładu jest świetna, ma tylko jedną wadę: nie istnieje. Więc przez praktykę – pokazując problemy, z którymi można się spotkać i sposoby, w jakie można sobie z nimi poradzić. Każdy akt tłumaczenia jest tak mocno osadzony w kontekście, że nie sposób podać jednoznacznego przepisu, jak na zupę. Szanse, że trafimy na dokładnie taki sam kontekst, są praktycznie równe zeru. A to nas prowadzi do zagadnienia przekładu maszynowego. Przekład maszynowy jest możliwy tylko wtedy, kiedy kontekst jest na tyle jednoznaczny, że się go da wbić do głowy komputerowi. Komputer ma oczywiście tę przewagę nad nami, jak we wszystkich innych dziedzinach, że robi szybko, dużo, mechanicznie, nie popełnia błędów wynikających z czynnika ludzkiego. Ale nie radzi sobie z kontekstem. O ile wiem, przekład maszynowy sprawdza się najlepiej w prognozach pogody, bo tu dokładnie wiadomo, jakie będą prawdopodobnie kolokacje, co się może wydarzyć, jakie informacje będą przekazywane. Dlatego wierzę w programy takie jak Déjà Vu czy Translog, w których tłumacz sam sobie buduje własną bazę tekstów, komputer zapamiętuje przekłady zrobione przez tłumacza i podpowiada mu potem te warianty, które tłumacz wybierał wcześniej. No ale to nie jest tłumaczenie maszynowe, tylko tak zwane human-aided translation. Ostatecznie o wyborze spośród możliwości decyduje człowiek, komputer robi za nas tylko czarną robotę. Taką metodą robi się przekłady specjalistyczne, czyli teksty, które są bardzo przewidywalne – i to oszczędza mnóstwo czasu.

Ale książki, literatury pięknej komputer nam raczej nie przetłumaczy, czyli wciąż trzeba uczyć tłumaczy.

Przekładu literackiego trudno uczyć, więc ja raczej pokazuję, niż uczę. Da się przekazać tylko zasady, co tłumacz musi umieć, wiedzieć. To nie jest bardzo popularny pogląd, ale ja uważam, że ludzie, którzy walczą o uniezależnienie translation studies od językoznawstwa, historii, psychologii, nie mają racji. Oczywiście tłumacz literatury nie musi być językoznawcą, ale musi wiedzieć, czym jest rodzajnik, jak w danym języku rodzajnik oddaje punkt widzenia, czyj to jest punkt widzenia… Zawsze daję studentom taki prosty przykład – jeśli mam uszyć balową suknię, to nie tylko muszę umieć szyć, ale tez muszę wiedzieć, z czego mogę ją uszyć. Z jedwabiu, z tafty, proszę bardzo, ale z flauszu czy zamszu niekoniecznie. Językoznawstwo to dla tłumacza takie materiałoznawstwo.

A celem dobrego tłumaczenia jest… 

Żeby ten obraz, który powstanie w umyśle odbiorcy, był jak najbardziej podobny do tego, który miał w umyśle autor. Dlatego ja wierzę niezbicie, że tłumacz jest tym lepszym tłumaczem, im więcej wie o autorze, jego kontekście społecznym, politycznym, poglądach, życiorysie… Bo tłumacz też jest jednym z odbiorców, więc siłą rzeczy przekaże częściowo swoją własną wizję. Dlatego pomijając banalne błędy, pomyłki gramatyczne,  nieznajomość realiów, złe odczytanie idiomu, nie możemy mówić, że jedno tłumaczenie jest lepsze niż drugie, one są po prostu inne. A czego można nauczyć tłumaczy? Żeby im się w odpowiednich miejscach zapalały czerwone lampki „uważaj”. Uważaj, bo to jest przenośnia, uważaj, bo to jest kryptocytat, uważaj, bo to słowo ma dwa znaczenia i ma działać jednocześnie w obu. Uważaj, uważaj, uważaj. Początkujący tłumacz pędzi przez tekst i wydaje mu się, że wszystko pięknie zrozumiał i przełożył, a tymczasem tam są całe pokłady odniesień. Ale żeby to odnajdywać, to trzeba jak najwięcej wiedzieć i mnie się zdaje, że pierwszą zasadą tłumacza powinno być ciągłe uczenie się. Tłumacz ma być jak sroka: gdzie tylko zobaczy, że coś błyśnie, to podnosi i chowa do kieszeni, bo zawsze może się przydać. Z przyczyn nie do końca dla mnie zrozumiałych marzeniem większości osób, które podejmują studiowanie filologii obcej, jest zostać Barańczakiem. I skutki tego są opłakane, bo do bycia tłumaczem, a zwłaszcza tłumaczem literackim, trzeba mieć naturalny talent. I dużo się napracować oczywiście, pracować całe życie, ale bez tego talentu ani rusz. Nauczanie uniwersyteckie też nie wygląda najlepiej, ponieważ mało jest osób, które dorobiły się wystarczającej liczby liter przed nazwiskiem, żeby wykładać na uniwersytecie, a jednocześnie są czynnymi tłumaczami z dużym dorobkiem. A kłopot w tym, że jak ktoś jest świetnym tłumaczem, to zwykle nie poświęcał czasu na pisanie dysertacji teoretycznych, żeby się dorobić tych literek przez nazwiskiem, czego niestety decydenci nie biorą pod uwagę. Zajęcia z praktykami są najbardziej fascynujące, bo mogą opowiedzieć o prawdziwych sytuacjach: w Brukseli w zeszłym roku  zdarzyło mi się to i to, najtrudniejsze w moim życiu było to i to…

Czy możemy liczyć na anegdoty z Pani życia tłumaczki?

Weźmy mój debiut z przekładem specjalistycznym. Na samym początku studiów ktoś z przyjaciół dał mi jakiś tekst do przetłumaczenia i ja do końca życia będę pamiętać „dziureczki bez światła”. Całe AGH śmiało się z tych dziureczek, a skąd ja miałam wtedy wiedzieć, co to są światłowody? Myślałam, że to będzie moja ksywa na lata. Z kolei moja największa klęska to był tekst z pogranicza teorii literatury i filozofii języka. Było tam dużymi literami napisane Mircea Eliade. Ja dziś już wiem, kto to jest, ale wtedy nie miałam pojęcia. Z kontekstu, który był niejasny z winy oryginalnego autora, wynikało, że może to być jakieś miejsce w świecie. Internetu wtedy nie było, szukałam, gdzie mogłam, aż w końcu poprosiłam o pomoc kolegów z filologii klasycznej. I proszę sobie wyobrazić, że myśmy znaleźli! Otóż jest maleńka świątyńka poświęcona Atenie gdzieś na jakiejś wysepce greckiej. Bóg mnie strzegł, że nie wpisałam wtedy tego do tego tłumaczenia! Więc to ten brak światełka: uważaj!

Akurat świątynia Ateny dla Mircei Eliadego nie byłaby tak zupełnie od rzeczy… A jaki był dotąd Pani największy sukces?

Jak Pani pewne wie, ja jestem tłumaczem jednego autora. Któregoś razu byliśmy razem na wspólnym spotkaniu autorskim i ktoś z sali powiedział, że zaletą historiografii Daviesa jest to, że jego książki się świetnie czyta. I wtedy mój autor wstał i zgrabną polszczyzną powiedział „To nie Davies się dobrze czyta, to Tabakowska się dobrze czyta”. A on nie jest skłonny do pochwał, więc to był moment prawdziwej nagrody.

A czy Daviesa po angielsku też się dobrze czyta?

Bardzo dobrze, ale to paradoksalnie jest problem, bo on pisze według tradycji anglosaskiej, w której tekst historyczny ma być literaturą. Polska historiografia to jest tradycja germańska, Ordnung muss sein, dzieło naukowe ma być suche, formalne, najlepiej trochę nudne, żeby nikt nie miał wątpliwości, że to dzieło naukowe. I teraz jak sprostać temu zadaniu jako tłumacz, skoro tłumaczowi często się zarzuca, że on tu strywializował, zbanalizował i się wygłupił ogólnie rzecz biorąc? Podam przykład, który jest z pogranicza poprawności obyczajowej. W jednej z książek Daviesa pojawia się historia porwania Europy i szersze odniesienie do antycznej tradycji porywania panien w celach na ogół erotycznych. I Davis komentuje, że to był przypadek „tit for tit”, co po angielsku pięknie gra, bo „tit for tat” znaczy „pięknym za nadobne”. Ale po polsku… Po polsku nie można napisać w książce naukowej, że historia Europy była  „cyc za cyc”, prawda? Po prostu nie można i już! Już nie pamiętam, jak sobie z tym poradziłam, ale szkoda mi bardzo było tej cudnej dwuznaczności. I z taką stratą ostatecznie też się tłumacz musi czasem liczyć, niestety.

 

Rozmawiała: Joanna Durlik

 

 

Prof. Elżbieta Muskat-Tabakowska – anglistka, zajmuje się językoznawstwem kognitywnym oraz teorią przekładu, tłumaczka książek Normana Daviesa. Była wykładowczynią i kierowniczką w Katedrze do Badań nad Przekładem i Komunikacją Międzykulturową na Uniwersytecie Jagiellońskim.

 

 

godlo_senat z podpisem 1Serwis Wszystko o dwujęzyczności jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz Uniwersytetu Warszawskiego. Utwór powstał w ramach zlecania przez Kancelarię Senatu zadań w zakresie opieki nad Polonią i Polakami za granicą w 2016 roku. Zezwala się na dowolne wykorzystanie utworu, pod warunkiem zachowania ww. informacji, w tym informacji o stosowanej licencji, o posiadaczach praw oraz o zleceniu zadania publicznego przez Kancelarię Senatu oraz przyznaniu dotacji na jego wykonanie w 2016 r.”.

Poprzedni artykułVIII edycja konkursu „Być Polakiem”
Następny artykułCała Polonia czyta dzieciom w Plainfield

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj