.

Podstawowa różnica pomiędzy Teksasem a resztą świata? Texas się nią nie interesuje. Texas uważa sam siebie za wystarczająco duży i interesujący. Texas ma swój styl i z teksańskim rozmachem prezentuje reszcie świata swoje rancha, kowbojskie buty i kapelusze dozwolone jako strój biznesowy oraz swojego niezależnego ducha. Stan ten jako jedyny przystąpił do konfederacji jako niepodległe państwo. Odebrany Meksykowi, w 1836 roku ogłosił się Ziemią Samotnej Gwiazdy i do dziś „jednogwiezdny” gwiaździsty sztandar to tutaj najpopularniejsza flaga. Z samotną gwiazdą dobrze komponuje się romantyczny wizerunek samotnego kowboja przemierzającego pustynię. Wieczorami, przy ognisku, kowboj snuje opowieści o Dzikim Zachodzie.

.

.

.

Polskie wyobrażenia o Teksasie kształtowały westerny, a więc na pytanie „Teksas, czyli co?” odpowiedź brzmi: kowboje, Indianie, pustynia, skały, kaktusy, rodeo, muzyka country & western, węże i meksykańskie trunki… I w zasadzie wiele rzeczy się zgadza: kaktusy, pustynne krajobrazy, muzyka country, skały i kowbojki… Za moich nastoletnich czasów osoba, której udało się wejść w posiadanie prawdziwych skórzanych „kowbojek”, nabytych zapewne przez czyjąś ciocię w ówczesnych Niemczech Zachodnich, budziła szacunek i zainteresowanie. To musiała być silna osobowość, o duszy twardej, ale sprawiedliwej, niczym szeryf. Oryginalna, może nawet dziwaczna, nie grzesząca nadmiernie aktywnym intelektem. W Teksasie, o czym przekonałam się nie bez rozczarowania w San Antonio, prawdziwe teksańskie kowbojki kupi tylko ich prawdziwy fan – kosztują dużo więcej niż dobry garnitur. W San Antonio turyści poprzestają więc często na meksykańskim kapeluszu, meksykańskiej sztuce sakralnej w wersji folk i meksykańskiej restauracji w zaułkach Riverwalk. Stereotyp ma się jednak dobrze. I choć internet poszerzył nam do zawrotu głowy znajomość innych kultur, Texas wciąż, obok Nowego Jorku, pozostaje w Polsce najbardziej rozpoznawalnym krajobrazem Ameryki, a buntowniczy, nieokrzesany, lecz w głębi ducha szlachetny teksański kowboj – wyobrażeniem Amerykanina. I pamiętaj, „Don’t mess with Texas”.

.

.

.

Jako największy (po Alasce) i najbardziej niezależny ze Stanów, Teksas lubi oszałamiać przybyłych lokalnymi dziwnościami, przywoływać legendy i snuć opowieści. Amerykanie nazywają te teksańskie historie „tall tales of Texas”, gdzie „tall” oznacza „podkolorowane” i trudno czasem ustalić, co w nich jest prawdą, a co lokalnym mitem. Pewnie dlatego podczas objazdu prawdziwego teksańskiego rancza (od pięciu pokoleń w dumnym posiadaniu niemieckiej rodziny Knibbe) przez dobrą chwilę zastanawiam się, czy opowiadana przez właściciela historia odkrycia na ranchu śladów prehistorycznej cywilizacji Indian nomadów (sprzed 8 tysięcy lat) i ich pradawnej pułapki na bizony jest jedną z „tall Texan tales”, czy też nie. Otóż nie. To prawdziwy archeologiczny rarytas i można o nim poczytać na stronie Kannibe Ranch. A rancho warto odwiedzić także z innych powodów – jest to jedno z nielicznych teksańskich ranch z certyfikatem „Texas Century Ranch”, a zamieszkująca je odmiana krów (żyjących w bardzo przyzwoitych warunkach i ewidentnie uwielbianych przez właściciela) to lokalna, bardzo przystojna krzyżówka genetyczna o nazwie „tygrysie paski”. Obok tychże krów oraz ikony Teksasu, czyli krów długorogich, rancho i sawannę zamieszkują też teksaskie pancerniki. Te ruchliwe, sympatyczne zwierzątka są oficjalną stanową maskotką i obiektem dziwacznego teksańskiego sportu z udziałem tych zwierząt o nazwie „wyścigi pancerników”. Na ranchu miałam okazję zobaczyć dość komiczną, hałaśliwą próbkę tego procederu. Na szczęście pancerniki, poganiane przez rozentuzjazmowane kobiety, ubijające piasek w pobliżu zwierzątek, nie wyglądały na mocno tym zestresowane.

.

.

.

.

Teksas to także największa w Ameryce kraina nietoperzy. Stan ten zamieszkuje ponadto ogromna społeczność niemieckich emigrantów. Żyje tu również sporo Polaków, którzy w samym San Antonio mają aż dwa swoje kościoły – rzymskokatolicki i narodowy polski kościół katolicki (! A jakże). A także, Teksas to kraina dzikich kwiatów. To stan z największą populacją jeleni z białym ogonem (a nasze niespodziewane spotkanie z aż trzema z nich to zapewne czysta statystyka). Nigdy nie pada tu śnieg, ale ulewne huraganowe deszcze spłukują czasem z ulic nawet domy. Teksas jest prawie wielkości Europy. A przynajmniej jest ponaddwukrotnie większy od Polski. Ma wiele osobowości i tożsamości etnicznych. Jest największym producentem energii w USA. I bawełny. Teksas to również laboratoria NASA i centrum dowodzenia lotów kosmicznych. Jest tu także największy na świecie ogród róż. W zasadzie wszystko w Teksasie jest, jeśli nie największe, to przynajmniej naprawdę imponujace. Jak mówią Teksańczycy, „Texas to zupełnie inny kraj”. Teksas to też – co mnie osobiście zaskoczyło – ziemia win i winnic, podobnie jak Kalifornia – za sprawą hiszpańskich osadników. A nieprawdopodobieństwa w opowieściach snutych przy butelce wina czy tequili zapewne rozrastają się proporcjonalnie do zawartości procentowej.

.

.

.

.

Dla tych, którym ojczyzna rolnictwa i hodowli bydła kojarzy się jeszcze z bezkresną płaską nudną i pustynną zacofaną Ameryką zwolenników posiadania broni i taniej ropy naftowej, niektóre z teksańskich miejsc, biznesów, opowieści i zwyczajów będą równie przyjemną niespodzianką, jaką nam zrobił zielony, urozmaicony krajobraz teksańskiego Hill Country. Preria i subtropikalna sawanna to typowe tutejsze tereny, a temperatury wiosną są dla mieszkańca Nowej Anglii mocno upalne. Doliny rzek i kanionów rozkwitają o tej porze roku czerwono-żółtym ognistym dywanem polnych kwiatów, których polskiej nazwy nie udało mi się doszukać, dzikimi makami i teksańskimi błękitnymi dzwonkami, i rozdzwaniają się świergotem kolorowych ptaków, a życie nabiera sił i barw.

.

.

.

.

Dobrze jest być wiosną w Texasie. 

Kwitną nawet kaktusy.

A jeszcze lepiej jest być wiosną w teksańskim-prawie-meksykańskim San Antonio, bo wiosna to tutaj pora Fiesty, czyli 10-dniowego karnawałowego festiwalu, który rozpala malownicze ulice miasta aż po najstarszą w Stanach katedrę San Fernando. Kolorowe stroje, folkowa muzyka, fenomenalna parada rodem z meksykańskich wiosek, ostra kuchnia Tex-Mex i łagodne zaśpiewy w wszechobecnej latynoskiej frazie – a wszystko to w dekoracjach dawnej hiszpańskiej architektury z jej melancholią, pożółkłymi od słońca, niegdyś białymi murami, barokowymi detalami i z drapaczami chmur dla kontrastu w tle – tworzą klimat, który łagodnie niczym falująca sawanna, zagarnia nas w siebie już pierwszego wieczoru.

.

.

.

Udaje nam się nawet dwukrotnie zobaczyć Królową Fiesty, w kolorowej karocy. Wygląda bardzo młodziutko i wydaje mi się, że ma Zespół Downa, co zapewne pomogło jej zebrać duże środki na organizację, którą reprezentuje (honor królowania przyznawany jest co roku osobom, które zebrały największe fundusze na cele charytatywne). Kolorowe wstążki, flagi, bibułkowe kwiaty fruwają po ulicach jeszcze długo po kulminacyjnym punkcie parady. Mimo że oboje z mężem nie pijamy alkoholu, spacerując nocą po paradzie przez miasto, w tym wzdłuż słynnych kanałów teksańskiej Wenecji, czyli Riverwalk, czujemy się atmosferą Fiesty w San Antonio – i samego San Antonio – lekko odurzeni. I tak już zostanie. 

.

.

.

.

Wizytą obowiązkową w San Antonio, obok Riverwalk z jego urokliwymi mostami, kamiennymi tarasami i restauracyjkami po obu brzegach wijącej się przez miasto rzeki, jest Alamo, historyczny zabytek klasy UNESCO. Alamo było częścią misji założonej tutaj w 1718 roku; kościół zbudowali franciszkanie. W 1836 roku rozegrała się tu jedna z najsłynniejszych i najkrótszych bitew w historii Stanów Zjednoczonych, przeciwko meksykańskiej armii liczącej 3000 osób. Wszyscy obrońcy misji zginęli. „Remember Alamo!” to bojowy okrzyk, który przypomina o niepodległości Texasu. A poza Alamo jest w San Antonio jeszcze kilka hiszpańskich misji, które są turystycznymi atrakcjami i które zapewne odwiedzilibyśmy gdyby nie fakt, że w San Antonio znaleźliśmy się głównie z powodu mojej delegacji na technologiczną konferencję i profesjonalny kontekst musiał zdominować tę wizytę. Nawet jednak gdy przywiedzie was tu praca, podróż do Teksasu jest relaksująca, bo Teksas jest nie tylko przyjemnie upalny, ale i ogromnie przyjazny. Uśmiechy, śmiech i „dobrego dnia” to zachowania obowiązkowe – i to jest ten kawałek Ameryki, w którym oni naprawdę, prostodusznie mają to na myśli. Hiszpańskojęzyczna populacja („nie znać hiszpańskiego w San Antonio to jak nie znać francuskiego w Paryżu”) z jej kuchnią, sztuką, architekturą i designem nadaje miastu latynoamerykański posmak. A dojrzała, intensywna zieleń okolic San Antonio nastraja do życia zdecydowanie mniej nostalgicznie niż kwietniowa nowoangielska przyroda i pogoda. 

.

.

.

.

Jeśli starczy wam czasu i sił, warto też odwiedzić położony około dwudziestu mil na północ od San Antonio Government Canion State Natural Area, wrażliwy ekosystem, utrzymywany  w możliwie nienaruszonym stanie, by wesprzeć Edwards Aquifer (źródło wody pitnej w San Antonio), zasilane przez deszcze, skały krasowe i skomplikowany system wód gruntowych. Obok uwielbianych przez dzieci i nastolatki szlaków śladami dinozaurów (wielkie ślady pazurów na skałach, sprzed milionów lat), są tu też szlaki przez wzgórza i kaniony, na których można spotkać przebiegającego wam drogę ptaka-pędziwiatra, czyli roadrunnera, żółtego (tak!) kardynała, jelenie, podobno górskie lwy, oraz oczywiście węże i niezliczone wielkie kolorowe motyle, które tropię wśród purpurowej koniczyny. Jeśli usłyszycie grzechotanie, ratunkiem, jak piszą przewodniki, jest zupełny bezruch. A jeśli dzień jest słoneczny, bezruch albo ruch bardzo powolny jest jak najbardziej na miejscu. Tylko potraktujcie serio te zabawne wzmianki o tym, by na szlak koniecznie wziąć ze sobą dużo wody. 

Zmiana palety barw, zmiana dekoracji, zmiana klimatu zapadają w serce i rozwibrowują umysł. Warto przecierpieć ból na wpół nieświadomego pakowania się po nocy, kilkugodzinnych lotów z przesiadkami, wychodzenia poza sferę komfortu i „wyrywania” czasu wszystkim innym ważnym aktywnościom, które domagają się od nas, jako od osób dorosłych i odpowiedzialnych, odpowiedzialnego zainteresowania. Reszta świata poczeka, my przez chwilę jesteśmy w Teksasie. 

Rajską drogę przez teksańską sawannę noszę pod powiekami do dziś. 

.

Test i zdjęcia: Lidia Russell

.


Poprzedni artykułDzień Mamy to święto obchodzone na wszystkich kontynentach świata
Następny artykułPodlasie niezapomniane. Zdjęcia Jerzego Rajeckiego.
Lidia Russell
z wykształcenia polonistka i politolożka, z zawodu redaktor i PR-owiec, z zamiłowania – pedagog i dziennikarka, zainteresowana m.in. wielokulturowością i edukacją przez sztukę, mitami, opowieściami i legendami z różnych kultur oraz fotografią i ceramiką artystyczną. Autorka opublikowanych opowiadań dla dzieci i dorosłych oraz activity books; koordynatorka i uczestniczka projektów edukacyjno-artystycznych adresowanych do dzieci, młodzieży i rodziców, we współpracy m.in. z Akademią Pstryk, Centrum Artystycznym Sztukarnia, Stowarzyszeniem Grupa Studnia O., Fundacją Marebito, Klubem Traffic. Na naszym portalu autorka rubryki “I love Boston! ”

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj