Minęły dwa dni od rozpoczęcia kolejnego semestru w edukacji. Dwa dni od powrotu do szkoły po przerwie świątecznej. Zaliczyliśmy: załamanie nerwowe, ataki paniki, bezsenne noce, deklarację o zamiarze zakończenia edukacji na siedmiu i pół klasach, nocne wymioty.

Pamiętam czasy, gdy podczas towarzyskich spotkań z innymi rodzicami fruwały między nami komentarze typu: „Mogłyby się te ferie już skończyć, bo jeszcze trochę, a zwariują w tym domu!”. Albo: „Jak to dobrze, że szkoła się zmieniła i jest dzisiaj przyjazna dziecku. Moje dzieciaki nie mogą się doczekać powrotu do szkolnej ławki!”. Nie tak dawno, bo ledwie trzy lata temu, moja własna córka pałała do szkoły tak wielkim i gorącym uczuciem, że w środę wieczorem raczyła nas komunikatem: – Nie podoba mi się, że to już środa, bo to znaczy, że tylko dwa dni zostały do weekendu, i będę musiała czekać całe dwa kolejne, żeby znów być w szkole!

Starsza nigdy za szkołą nie przepadała, ale to zaakceptowaliśmy, to wynika z jej konstrukcji psychicznej człowieka źle odnajdującego się w hałaśliwym tłumie. Młodsza jednak reprezentowała typ ucznia zaangażowanego i w naukę, i w życie szkoły, i czerpała z tego wiele energii oraz inspiracji. Z ochotą zostawała po lekcjach, żeby udzielać się w rozmaitych klubach, nie przepuściła żadnej wycieczki, konkursu, przedstawienia. Wielkie znaczenie miał fakt, że wszystko to robiła wespół z przyjaciółmi ze szkolnej ławy, z którymi się na co dzień widywała i których obecność w jej życiu dawała jej silne poczucie przynależności. Przynależała do szkoły jako instytucji i przynależała do grupy ludzi, z którymi w tej szkole była.

Być może jestem jedyną matką emigrantką w USA, która posyłając dziecko do tutejszej publicznej szkoły (zaznaczę, że nie mam w mojej okolicy żadnych innych dobrych opcji) nie miała wiele pojęcia o tym, jak ta szkoła funkcjonuje. Zakładałam, jak podejrzewam wielu emigrantów, że szkoła to szkoła, nie może się zbytnio różnić od tego, co człowiek zna z własnego dzieciństwa, nieważne, że w innym kraju. Są klasy, ławki, lekcje. Jest klasa jako zbiór uczniów i jest grono pedagogiczne odpowiedzialne za prowadzenie lekcji. Proste? No cóż. Zdumiało mnie, gdy odkryłam, że dzieci z danego rocznika są każdego roku mieszane i w efekcie rozpoczynają kolejną klasę w nieco innym gronie niż w roku poprzednim. Szkoły podstawowe nie są jednak nigdy zbyt duże, dlatego, choć komplet imienny ulegał wymianie, dziecko zawsze znalazło w swojej nowej klasie starych znajomych, a szybko znało po prostu cały swój rocznik. Kilkadziesiąt twarzy to nie tak dużo.

Gorzkie przebudzenie przyszło w middle school – nie używam słowa „gimnazjum”, żeby się nie kojarzyło z instytucjami europejskimi, które różnią się od amerykańskich. Middle schools są kilkakrotnie większe od podstawówek, a jedenastoletnie dzieci zostają tam wrzucone w system, który, jeśli mam wyrazić się szczerze, jest kompletną pomyłką. W ciągu dnia całkowicie znikają przerwy, przynajmniej w naszym, polskim tego słowa znaczeniu (3-minutowy tzw. passing periods mają służyć tylko przejściu z jednej klasy do drugiej, i to w pośpiechu). Jedyną przerwą jest ta na lunch, ale nie łudźmy się, że daje dzieciom wystarczająco czasu na cokolwiek oprócz zjedzenia. W middle school moich córek trwa 20 minut. Wreszcie, idea „mieszania” klas osiąga absurdalne apogeum. Klasy w sensie grupa dzieci uczęszczających co dzień na te same lekcje i prowadzonych przez wychowawcę znikają bowiem zupełnie. Każda lekcja to inna grupa dzieci, w zależności od tego, kto na nią się zapisał, zaś w roli „wychowawców” zaczynają występować ludzie nazywani „counselors” (nie mylić jednak z psychologiem, bo nie muszą być nim z wykształcenia). Do nich dzieci mają się zwracać w przypadku problemów. Ilu takich jest na szkołę? Na naszą szkołę o liczbie prawie 1200 dzieciaków mamy ich troje. W liceum liczącym ponad 2500 uczniów, do którego uczęszcza Starsza, analogicznie takich doradco-wychowawców jest sześciu. Jeden wychowawca na ponad 400 dzieciaków. Śmiech na sali, proszę państwa, bo nie umiem tego inaczej określić.

Do czego zmierzam? Ano do tego, że jeżeli widziałam kiedykolwiek system bardziej na bakier ze wszystkimi zaleceniami psychologów odnośnie potrzeb dzieci starszych i nastolatków, to amerykańska szkoła publiczna powinna dostać Oscara w tej dziedzinie. Wspieranie procesu budowania więzi społecznych z rówieśnikami? Amerykańska szkoła ciężko pracuje na to, by nie było na nie czasu i nie było ku nim okazji. Przewodzenie dziecku adekwatnie do wieku w procesie przystosowywania się do życia w społeczeństwie w szerokim tego rozumieniu? Amerykańska szkoła zakłada, że do jedenastego roku życia każde dziecko już tę umiejętność posiadło. Adocate for yourself! – czyli troszcz się sam o własne sprawy – to przewodnie hasło wbijane dzieciom do głowy. Gdy na początku tego roku szkolnego Młodsza odkryła, że nie będzie miała żadnej lekcji z żadną ze swoich koleżanek, nie zobaczy też ich w czasie lunchu, bo dano ją do innej grupy na inną godzinę, próbowała zatroszczyć się o swoje sprawy. Pani doradczyni wsparła ją słowami: – Popatrz na to jako na wyzwanie! To wspaniała okazja, by nawiązać nowe znajomości!

Skończyło się moją wizytą w szkole i moim oficjalnym listem do zarządu okręgu szkolnego, by przemyśleli proces dobierania kandydatów na stanowisko counselors. Osoba szczerze zainteresowana dobrem dziecka, najlepiej prawdziwy psycholog, chyba byłaby bardziej na miejscu. Jesienny semestr był zły. Bardzo zły. Brutalność szkolnej rzeczywistości usiłuję, oczywiście, rekompensować Młodszej na inne sposoby, ale powietrze, które z niej uszło przez te ponad dwa lata uczęszczania do middle school, raczej już nie wróci. Starsza odlicza dni, kiedy w końcu opuści swoją placówkę. Ja z Młodszą prowadzimy długie rozmowy o tym, jak najlepiej się przygotować, by przetrwać liceum, bo tam „system” łamie dzieciom kości jeszcze bardziej. Prawdopodobieństwo, że nie spotka się swoich znajomych na lekcjach ani na lunchu (odbywanego w kilku rzutach), będzie przecież jeszcze większe niż teraz. A wiadomo, że w dzisiejszym zwariowanym świecie po południu mało kto kultywuje znajomości i życie towarzyskie. Presja osiągnięć, terror aplikacji na studia sprawia, że większość licealistów biega wtedy na douczanki, zajęcia dodatkowe, a od trzeciej klasy liceum – do pracy. „Poczucie przynależności do grupy, identyfikacja z jakimś środowiskiem poza własną rodziną jest konieczna dla prawidłowego funkcjonowania i rozwoju nastolatka. Rodzice i edukatorzy powinni je wspierać i kultywować w swoich dzieciach i uczniach” – głoszą psychologowie. Mądrość ta nie dotarła do amerykańskiej szkoły, którą znam. Ta szkoła sprzyja czemuś zupełnie odwrotnemu: poczuciu alienacji, dokopując jednocześnie ludziom, którzy wcale nie są dorośli, w sposób jak najbardziej dorosły. Bez pardonu, bez przebaczenia, z hymnem „radź sobie sam” na ustach.

Nie odrobiłam pracy domowej jako emigrantka w USA. Żałuję tego bardzo. Podobno dywagacje, co by było, gdyby, nie mają sensu, ale gdybym mogła cofnąć czas to, albo zdecydowałabym się na wyjazd z USA, by nie fundować dzieciom koszmaru tutejszego systemu edukacji, albo bym się do tego, co nas czeka, o wiele lepiej przygotowała. Inaczej bym te szkolne sprawy „rozegrała”. Przed naszą rodziną już dużo mniej tych szkolnych lat niż więcej. Jakoś je przetrwamy. Oboje z mężem jesteśmy zaangażowanymi rodzicami, więc „jakoś” to będzie. Jakoś to będzie, wymieniamy się komentarzami z innymi mamami starszych dzieci, które z okazji końca przerwy świątecznej mają dokładnie takie same odczucia jak ja. Niechby te ferie jeszcze potrwały. Niechby odsunął się w czasie horror powrotu w tryby machiny, której nikt nie lubi i którą toleruje się tylko dlatego, że trzeba.

Zwracam się do wszystkich, którzy zaślepieni urokiem szkoły podstawowej – ta jest w USA naprawdę fantastyczna! – łudzą się, że dalej też będzie tak miło i ciepło. Przygotujcie się na największą walkę waszego rodzicielstwa – z systemowym osamotnianiem waszego dziecka. Będziecie potrzebowali na tę walkę siły i wytrwałości na skalę, jakiej sobie nawet nie wyobrażacie. Życzę wam, byście ją mieli.

 

 

Eliza Sarnacka-Mahoney

Artykuł ukazał się na łamach Nowego Dziennika

Poprzedni artykułBabcia Bożenka: Babcia to uśmiech i cisza
Następny artykułBrukowanie piekła
Eliza Sarnacka-Mahoney
Dziennikarka i pisarka, przeważnie mieszka w Kolorado, chyba że podróżuje. Współpracuje z mediami w Polsce oraz z Nowym Dziennikiem, autorka powieści, zbiorów ciekawostek i książek publicystycznych o Ameryce. Mama Natalii i Wiktorii, które każdego dnia utwierdzają ją w przekonaniu, że to, co niemożliwe jest jak najbardziej możliwe, trzeba tylko szczerze chcieć. Na portalu autorka rubryki “Przystanek Babel”.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj