Dojazd spod Bostonu do najpiękniejszego historycznego miasta w Stanach Zjednoczonych, czyli Charleston w Karolinie Południowej, może zająć nawet 20 godzin, ale jeśli macie sposoby na ominięcie korków na Moście Waszyngtona i w innych okolicach Nowego Jorku (odległość z Nowego Jorku to 768 mil), może Wam się poszczęści i skrócicie tę dość morderczą wyprawę do 15. Samą podróż na pewno odbyć warto i nie zamieniałabym samochodu na samolot, bo ominą Was setki gorących płaskich mil Karoliny Północnej i Południowej, jak na niekończącym się Mazowszu, czasem tylko ocienionych na poboczach wielkimi drzewami, i stopniowe przywykanie do zupenie innego rodzaju pustki niż w Vermont czy Maine. Rozleglejszej, bardziej kapryśnej pogodowo i zaskakującej surrealistycznymi pomysłami, takimi jak na przykład opustoszały, skrzący się neonami meksykański amusment park, zapowiadany przez setki mil na przydrożnych bilboardach przez tajemniczego „Pedro”.

 

 

 

Południe USA postrzegane jest jako najbardziej zmitologizowany obszar Ameryki. Mitologia ta okazuje się jednak – jak każda prawdziwa – wiernie odzwierciedlać panujące w rzeczywistości relacje. Codzienne nagłe ulewy w porze deszczowej, regularne huragany, społeczne nierówności, ubóstwo, brak edukacji, mentalne i krajobrazowe pozostałości segregacji rasowej, barwna religijność, muzyka, słynna kuchnia, charakterystyczna architektura, pogoda ducha i gościnność mieszkańców – wszystkie te mityczne elementy amerykańskiego Południa można w okolicach Charleston naprawdę odnaleźć. I zdecydownanie można się w nich rozsmakować.   

 

 

 

 

„Zacofane” Głębokie Południe fascynowało amerykańskich pisarzy. Jego fenomen usiłowali uchwycić William Faulkner, Mark Twain, Carson McCullers czy Tenesee Williams. Faulkner pisał o Południu, że tu „przeszłość nie umiera” i rzeczywiście, trochę jak w Nowej Anglii, tyle że zamiast dumy podszyte goryczą. W wersji turystycznej historia prezentuje się tu atrakcyjnie i kolorowo, ale w sferze cienia czają się opowieści, które – gdyby dać im prawo wyrazu przez barwę – szybko zamalowałyby na czarno niejedno słynne Rainbow Row. Jak w innych miejscach, gdzie ubóstwo ma długą tradycję niekoniecznie związaną z etnicznym gettem, kwitną tu wspólnoty religijne, głównie kościoły baptystów i protestanckie, będące dla biedniejszych mieszkańców stanu źródłem nadziei i doznań estetycznych. Nie sądzę, bym gdziekolwiek widziała więcej świątyń na milę kwadratową niż na trasie z północnego do południowego Charleston (stąd i przydomek miasta: „Holy City”) i choć niektóre z nich z wyglądu przypominały baraki, ich rola we wspólnotach jest na pewno nie do przecenienia (i nie piszę tego z ironią). Nie zapomnę, w jakie zdumienie wprawiła mnie informacja od wolontariuszki edukacyjnego programu w jednej z wspólnot w Karolinie Pólnocnej – że największym pragnieniem starszych ludzi, jego uczestników, było nauczyć się czytać (analfabetyzm nie jest tu aż taką anomalią) – ale po to, by móc samodzielnie przeczytać Biblię albo choćby Księgę Rodzaju, w której zawarta jest, wg nich, historia ich rodzin i korzeni.   

 

 

 

 

Z dziewięciu stanów Głębokiego Południa, które ze względu na plantacje bawełny zwane były niegdyś „Bawełnianymi Stanami” (Oklahoma, Arkansas, Tennessee, Karolina Północna, Karolina Południowa, Luizjana, Missisipi i Alabama) udało nam się w tej podróży odwiedzić tylko dwa (Karolina Północna i Południowa), ale za to kluczowe dla historii i kolorytu regionu. Podobno „kto nie rozumie Południa, ten nie rozumie Ameryki” i choć po kilku dniach spędzonych w „Ameryce B” z pewnością nie mogę powiedzieć, że ją rozumiem, mogę potwierdzić, że mam jej doznanie i że jest ono pełne ciepła, którym emanują nie tylko tutejsza flora czy pastelowa południowa zabudowa, ale i mieszkańcy Południa, w najbardziej trywialnej pogodowej pogawędce czy biznesowej transakcji dający ci odczuć, że masz do czynienia z żywym życzliwym człowiekiem, a nie świetnie odegraną rolą społeczną. Naprawdę miła odmiana.     

 

 

 

Charleston, uważane za kulturalną stolicę Południa, jest miasteczkiem bardzo pięknym i jakby nieamerykańskim – tak mocno widoczna jest tu historia, tak wyrazista i zróżnicowana jest tu architektura, w dużej mierze jeszcze sprzed wojny secesyjnej i tak w pewnym sensie „niedemokratyczny”, lecz arystokratyczny wydaje się jego krajobraz. Zabytkowa zabudowa i południowa roślinność tworzą atmosferę bardziej charakterystyczną dla Italii niż Stanów. Tutejszy kult architektonicznej „starości” i rozmiary turystycznego „nalotu” przypomniały mi o wizycie przed laty w Wenecji, która wydała mi się wtedy miastem dekadencji i opustoszałych dekoracji, zaludnionych przez zagubionych we własnych zdjęciach turystów. Charleston nie jest tak ekstremalne, jeśli chodzi o liczbę zwiedzających ani tak dekadenckie (zamiast weneckiego „kultu piękna rozpadu” mamy tu „kult konserwacji”). To jednak z pewnością najbardziej „Instagramowe” miasteczko Stanów Zjednoczonych. Miejsca takie, jak Ananasowa Fontanna w Waterfront Park, kwiecista i trawiasta Plaża Folly czy Tęczowy Rząd kamienic w dzielnicy francuskiej, robią karierę jako tło modowych, designerskich i blogowych ujęć. W zasadzie całe miasteczko przypomina trochę plan filmowy – i nie bez powodu powstało tu wiele słynnych ujęć.  

 

 

 

 

Może pamiętacie film pt. „Notebook” (w Polsce: „Pamiętnik”), nakręcony na podstawie jednej z bestsellerowych powieści Nicholasa Sparksa. Jeśli chodzi o statystyki, jest to ponoć najbardziej ukochany dramat kobiet na całym świecie (i jakby co, warto nadrobić zaległości). W Charleston jest okazja, by pospacerować po uliczkach ze świata wykreowanego przez reżysera „Pamiętnika” Nicka Cassaventesa. Niestety, wyprawa łódką do sekretnej zatoki cyprysów (na pewno pamiętacie tę scenę), czyli Cypress Gardens, musi jeszcze poczekać kilka sezonów, bo miejsce przechodzi obecnie renowację. W Charleston i okolicach kręcono także „Północ Południe” oraz parę innych znanych filmów historycznych. 

 

 

 

 

 

Mieliśmy szczęście odwiedzić Charleston w maju, gdy nie jest tu jeszcze bardzo tłoczno i gorąco, a kwitną już mięsiste południowe żółte magnolie. Pora była magiczna. Zapachy na ulicach zabijał wszechobecny jaśmin. Krótkie deszcze zrywały się nagle i kończyły niespodziewanie, niemal w pól biegu pod najbliższe zadaszenie, a niebo przecinały co chwila klucze wielkich czarnych kormoranów. Podczas wieczornych spacerów wzdłuż promenady podziwiać można nie tylko architektoniczne detale rezydencji czy wymuskane niczym w zawodach na miniwersal ogródki, ale i rzadkie rasy psów na wieczornych wybiegach ze swymi właścicielami-joggerami, ujmującymi sportową elegancją i tryskającymi zdrowiem oraz satysfakcją z liczby zer na koncie. 

 

 

 

 

Na malowniczych uliczkach Charleston można czuć się bezpiecznie i wakacyjnie, bo praktycznie całe miasteczko ma charakter nadmorskiej promenady. Najsłynniejszy tutejszy market, City Market, usytuowany w historycznym budynku, przypomina nieco klimatami krakowskie sukiennice (lub bostoński Faneuil Hall Marketplace). Znaleźć tu można wszystko, od osiemnastowiecznych książek kucharskich z lokalnymi przepisami i oryginałów afroamerykańskiej sztuki Gullah, poprzez artystyczne kafle ceramiczne, srebrne wyroby z przewagą ananasa we wzornictwie (o tym symbolu więcej za chwilę) i chińskie kapelusze z metkami amerykańskich projektantów, po ręcznie robione lokalne świąteczne dekoracje, pachnące mydełka, świece, biżuterię i kosze wyplatane na oczach turystów przez najlepszych w tym rzemiośle na całym świecie czarnoskórych wyplataczy albo wyplataczki w kolorowych strojach.      

 

 

 

 

Bardzo smakowało mi typowe południowe śniadanie: maślankowe bułki z rozmaitymi sosami, pieczone ziemniaki, irlandzka owsianka i francuskie tosty lub belgijskie wafle z owocami, bitą śmietaną i czym tylko się da (te ostatnie, po swojsku zwane goframi, mają na Południu całą sieć dedykowanych im jadłodajni, standardem i wyglądem przypominających Dunkin’Donuts). Południowe Stany słyną z kuchni, którą kształtowały wpływy afrykańskie, angielskie, szkockie, irlandzkie, francuskie, hiszpańskie i indyjskie, a mieszkańcy bardzo szczycą się swoimi potrawami i przepisami. To tu po raz pierwszy w Stanach pojawiły się włoskie makarony i suszone pomidory. Charlestończycy jako pierwsi zaczęli też produkować ketchup, który w owych czasach był bardzo egzotycznym dodatkiem do potraw, a którego sława wkrótce dotarła do każdego amerykańskiego hamburgera. Z Kuby przywędrowały do Charleston egzotyczne owoce Indii. Tutejszym specjałem, obok ryb i owoców morza, jest czerwony (bo zmieszany z pomidorami) ryż. Osobiście najbardziej przypadł mi do gustu jeden element tej kuchni: hodowane na Południu i dlatego tak tu niedrogie orzechy pecan, które do Nowej Anglii dotarły w postaci tamtejszego pecanowego placka i tarty i zadomowiły się m.in. w naszym polsko-amerykańskim domu. 

 

 

 

 

Długą listę okolicznych zabytków znaleźć można w każdym przewodniku, tu wspomnę więc tylko o pewnym zabytku przyrody, który nie we wszystkich zestawieniach figuruje, a który warto odwiedzić. Anielski Dąb, czyli Angel Oak na John Island, czyli Wyspie Jana, zwany „skarbem głębokiego Południa”, ma według jednych źródeł 1400, a według innych grubo ponad 400 lat. Jest w każdym razie najstarszym drzewem na wschód od Missisipi. Jego niezwykłe kształty i rozmiary przywodzą na myśl scenografię z filmów science fiction. To nieprawdopodobne drzewo, obok mocnego trzęsienia ziemi przetrwało wszystkie dotychczasowe tutejsze pożary, wojny, huragany. Pozostaje liczyć na to, że przetrwa również najazdy turystów, którzy często ignorują tablice z wskazówkami dla nich, porozstawiane między pełzającymi po ziemi gigantycznymi konarami.

 

 

 

 

„Perłę Południa” szlifowały mocne i często przeciwstawne prądy. W miasteczku przed laty odbywały się targi niewolników, przez Charleston „przechodziła” ponoć prawie połowa wszystkich niewolników sprowadzanych do Stanów Zjednoczonych. To tutaj zaczęła się wojna Północy z Południem i Charleston było punktem strategicznym w czasie wojny rewolucyjnej, a potem secesyjnej, którą rozpoczął atak konfederatów na Fort Sumter. W 1886 r. miasto zostało prawie kompletnie zniszczone przez trzęsienie ziemi i jakby tego było mało, w 1989 r. nawiedził je złowieszczy huragan Hugo. Pomniejsze huragany i pożary zawsze były tu zresztą na porządku dziennym. Dla przeciwwagi mieszkało tu wielu utalentowanych rzemieślników, architektów i konserwatorów zabytków, którzy sprawili, że dziś każdy właściciel kamienicy w Charleston – dumny z tego lub nie, choć przeważnie ponoć tak – musi spełniać wyśrubowane wymagania, jeśli chodzi o utrzymanie budynku oraz wszelkie renowacje i przebudowy. Za ich sprawą lata „ciemnej” historii nie odcisnęły widocznego piętna na przepięknej architekturze Charleston – praktycznie każda uliczka czy zaułek to gratka dla fotografa, a co druga tutejsza księgarnia ma dział albumów z fotografiami i szczegółowymi opisami historycznych posiadłości, ich projektantów, kolejnych rezydentów i twórców takich detali, jak ogrodowe statuetki, zabytkowe klamki czy fantazyjnie rzeźbione żelazne płoty i okiennice. Kolory i style domów mają swoich znawców i wyznawców i nie zdziwcie się, jeśli usłyszycie np. coś o „charlestońskiej zieleni” – jest to bardzo specyficzny ciemny odcień tego koloru, który ma swoją historię i reprezentację w postaci pokrycia niektórych okiennic czy drzwi w tym barwnym miasteczku. Powstał ze zmieszania czarnej farby z kilkoma kroplami ochry – bo, jak głoszą opowieści, wyrafinowani mieszkańcy Charleston nie mogli po prostu użyć czarnej farby, którą otrzymali od rządu na powojenne renowacje, wzbogacili ją więc kilkoma kroplami słonecznej żółci. 

 

 

 

 

Tęczowy Rząd kamienic dawnych kupców (budynki z początków osiemnastego wieku, architektura karaibska dawnych angielskich osadników z Barbados) w dziewięciu pastelowych kolorach to najczęściej fotografowane miejsce w Stanach Zjednoczonych. Nie są to jednak tylko piękne fasady – to od renowacji tych właśnie kamienic zaczął się cały ruch zachowania i konserwacji zabytków w Stanach Zjednoczonych. Charleston było tu pierwszy w kraju, i nie tylko w tym – słynie bowiem również z pierwszego w Stanach teatru, biblioteki publicznej i muzeum. Historycznie można je spokojnie tytułować kulturową stolicą Ameryki, na pewno się nie obrazi. 

 

 

 

Kowalstwo artystyczne to jedno z rzemiosł, z których, obok wyplatania koszy, Charleston również zasłynęło, i które było przeważnie domeną czarnoskórych mieszkańców Południa. Najsłynniejszym rzemieślnikiem był Paul Simmons, którego fantazyjne żelazne płoty i inne elementy architektoniczne podziwiać można w bardzo wielu domach. Będąc w Charleston, nie sposób nie pomyśleć też o czarlestonie, dynamicznym tańcu z lat dwudziestych, który narodził się właśnie tutaj i szybko podbił zachodni świat. 

Charleston ma niewątpliwie o wiele więcej do zaoferowania niż da się ująć w tym krótkim artykule, zwłaszcza miłośnikom historii i architektury. Dlatego, oprócz tego, że jest to „holy city”, błyszczące w słońcu wieżyczkami kościołów najrozmaitszych wyznań, nie tylko chrześcijańskich, cudem ocalałe z niezliczonej ilości kataklizmów Charleston jest też miastem storytellingu i storytellerów. Wiele turystycznych ofert pochodzi od samych mieszkańców, często historyków i historyków sztuki, architektów, botaników czy kucharzy, którzy oferują przyjezdnym spersonalizowane albo w bardzo małych grupkach spacery lub przejażdżki ich własną trasą, z ich opowieściami, zwykle wokół jakiegoś charakterystycznego dla Charleston tematu typu: sławne domy, sławni mieszkańcy, historia niewolnictwa, historia wojny secesyjnej, historia rozmaitych rzemiosł, wływy różnych kultur w architekturze, sztuka Charleston, kuchnia Charleston, okoliczne plantacje, botaniczne inspiracje, duchy, pobliskie wyspy, literatura, film, festiwal Spoleto, kultura i sztuka afroamerykańskiego Południa… możliwości jest naprawdę wiele. A gdy już znudzą was wszystkie atrakcje i miejskie opowieści, odwiedźcie plażę (i miasteczko) Folly Beach, nazywaną „the edge of America”. Ma specyficzny charakter, jest rozległa i malownicza, a ocean jest tu też w południowym stylu gościnny, ciepły i gotowy na przyjęcie amatorów kąpieli prawie przez cały rok. Tylko proszę, nie zrywajcie kwiatów na wydmach.    

 

Tekst i zdjęcia: Lidia Russell

 

P.S. Ananas to jednoznacznie najbardziej obok niebieskiej flagi rozpoznawalny symbol Charleston i jest go w tym mieście pełno – poczynając od rzeźbionych klamek, kłódek i kołatek, poprzez srebrne łyżeczki zakończone malutkim uroczym ananasem, a kończąc na wielkiej i uwielbianej nie tylko przez zakochanych i fotografów Ananasowej Fontannie w parku nad oceanem. Każde charlestońskie dziecko wie, że owoc ów symbolizuje powitanie i ujmującą południową gościnność, choć może nie wszystkim wiadomo, skąd to się właściwie wzięło. Szczególnie że nikt tutaj ananasów nie hoduje. Zgadliście, one nawet nie rosną w Charleston! Otóż miejscowa legenda głosi, że symbol ów wziął się z czasów kolonialnych, kiedy to kapitanowie statków, po powrocie z długiego rejsu do domowych charlestońskich pieleszy, ogłaszali za pomocą zatkniętego na płocie egzotycznego owocu, że oto znów są w domu, cali i zdrowi. A rodzina, przyjaciele i znajomi na widok ananasa ochoczo zdążali w gościnę, by powitać kapitana w jego domu, skosztować zamorskich trunków, nieznanych specjałów i posłuchać morskich opowieści. Inne wersje mówią, że to żona zawieszała na drzwiach domu ananasa, ogłaszając powrót męża marynarza z dalekich krajów. Jest i wersja, w której ananasa dopatrzyli się w ornamentach z włoskich szyszek w latach 20. turyści. W tej wersji po pierwszych zachwytach nad ananasowymi wieżyczkami, Charleston zaczął masowo ozdabiać domy i budynki podobnymi kształtami. Tak czy owak, w każdej z wersji mówimy o owocu tak wykwintnym i rzadkim, że co biedniejsi płacili czasem za wypożyczenie go do ozdoby stołu na specjalne przyjęcia, a tylko najbogatszych stać było na pokrojenie ananasa i serwowanie gościom po kawałeczku w trakcie uczty. O czym warto pamiętać, kupując swoją puszkę ananasa w zalewie ananasowej za dolara.

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj