Marek Kazmierski

Marek Kazmierski wykonuje tłumaczenia z języka polskiego na angielski. Obecnie mieszka w Warszawie. 30 lat spędził w Wielkiej Brytanii. Współpracuje z Polskim Instytutem Teatralnym w Nowym Jorku dla którego przetłumaczył „Pchłę szachrajkę” Jana Brzechwy. Uwielbia przebywać z małymi czytelnikami, bo „oni wiedzą co jest dobre, co złe, co gra, a co nie”. Tłumacz, jego zdaniem, powinien być równie kreatywny i odważny jak autor. Nie jest sługą, robotem, jest także artystą. O swojej pracy rozmawia z Danutą Świątek.

Czy doświadczenie życia w dwóch krajach jest konieczne, żeby być tłumaczem, który nie tylko zgrabnie tłumaczy, ale czuje oba języki?

Niezbędne, bez dwóch zdań. By tłumaczyć kabarety i rymowanki, trzeba rozumieć poczucie humoru brytyjskiego i amerykańskiego. By tłumaczyć polskie wiersze dla dzieci, trzeba wiedzieć jak dzieci myślą w innych krajach, jakie mają powiedzenia, gierki językowe i odniesienie kulturowe. Do tego też trzeba mieć ucho do brzmienia i wrażliwość literacką. I dużo odporności. Krytyków jest wielu, wsparcia mało, i wydaje mi się, że Polacy nie doceniają już swoich dzieł,  wierszy, opowiadań i piosenek. A świat musi poznać piosenki Młynarskiego, wiersze Tuwima, itd. Ważne, by ludzie nauczyli się jak czytać pomiędzy wierszami, bo nasze czasy, to czasy “fake news”, trolowania i tweetowania.

Dlaczego pan wrócił do Polski po 30 latach życia w Wielkiej Brytanii?

Nie wróciłem. Nie ma po tak niezwykle długim i złożonym czasie “powrotów”. I ja, i Polska się niezmiernie zmieniliśmy, więc o jakich tu powrotach możliwa jest mowa? Mieszkam w Polsce, bo kocham ten kraj, ale tu nie pracuję. Nie da się. Polska jest ciągle, jeśli chodzi o kulturę i edukację,  postkomunistycznym stanem. Biurokracja, dziwne układy, brak zaufania, konfliktowość. Wszystkie te aspekty utrudniają, a często uniemożliwiają, efektywne działania. Współpracuję z partnerami w Anglii, w Stanach, jestem członkiem zarządu Griffin Trust for Excellence in Poetry w Kanadzie. W ten sposób osiągam wolność. Wolność, by Polskę kochać, i jej służyć, ale nie stać się ofiarą tej swoistej „femme fatale”. Jest w niej dużo pasji, ale i też dużo smutku, melancholii, zagubienia, gniewu. Polacy nie umieją sami sobie klęsk wybaczyć, jakże i cieszyć się z sukcesów. Obserwuję to mieszkając w Polsce na co dzień. Nowa generacja Polaków nie ma już tych kompleksów, ale jest trochę jakby też oddalona od swych korzeni, od swych rodzin. Pokolenia tych wychowanych w komunizmie i tych po, nie zawsze znajdują wspólny język.

Jak pan odnalazł się w Polsce?

Polska od 300 lat walczy, i z sąsiadami i sama z sobą. Moje doświadczenie pracy w Wielkiej Brytanii w więzieniach, szpitalach psychiatrycznych, szkołach i uniwersytetach, dało mi narzędzia, by rozumieć naturę Polaków i wytrzymywać presję życia w Polsce. To cudowny, charyzmatyczny, ale i skonfliktowany kraj. Staram się pomagać, w tym nie dając się “zwariować”. Nie jest to łatwe, ale łatwe także nie jest tłumaczenie poezji, Mickiewicza, Osieckiej, Szymborskiej. Polska ma wiele do zaoferowania sobie i innym narodom, ale nie wie jak zarządzać ryzykiem i sukcesem. Po to tu jestem – by tłumaczyć wiersze, pomagać innym zrozumieć, ogarnąć świat.

Ile miał pan lat, gdy wyjechał z Polski?

Dwanaście. To była ucieczka. Nikt nie wiedział w 1985 czy komunizm kiedykolwiek padnie. Czy Polska odzyska niepodległość. I jak ta niepodległość będzie wyglądała. Z rodziną dostaliśmy azyl w Anglii. Dziś jestem jedynym członkiem mej bliskiej rodziny, który ma jakikolwiek kontakt z Polską. To skomplikowany i trudny temat, ale zupełnie rozumiem ich postawę. Anglia to miła oaza.

Jak pan wspomina tamte początki jako dziecko?

Życie w Anglii, w tamtych czasach, dla emigrantów było łatwe. Dużo zawdzięczam temu imperium, ale też widzę jego historię przez pryzmat post-kolonialnej analizy. Brexit to błąd na epickiej skali, tylko w Anglii nikt jeszcze nie rozumie tego, bo jak? Od 1000 lat nie przegrali ani jednej wojny, nie stracili ani skrawka swej wyspy. To wielka moc, ale też i wielkie zagrożenie w epoce zupełnie nowych globalnych układów. Żal mi trochę mojej drugiej ojczyzny, ale muszą sami to przeżyć.

Jak dwujęzyczność i dwukulturowość pana rozwinęła?

Niewątpliwie. To jest słabość ludzi angielskojezycznych, że nie uczą się innych języków, nie rozumieją świata takim, jaki jest dziś. To już nie ta sama bajka co za czasów Królowej Victorii, czy początków panowania Elżbiety II. Teraz wszyscy jesteśmy kwantowymi migrantami, ale niewielu z nas wie jak ten fakt wykorzystać, jak w tym świecie zglobalizowanym żyć.

Właśnie, jak żyć?

Trzeba cieszyć się z różnorodności, z szansy na podróże, na zaproszenie do naszych domów ludzi z innych krajów i kultur. Kiedyś Polacy słynęli z gościnności, ale teraz zamykamy się na przybyszów „gorszego sortu”, z Ukrainy, Azjii,  Afryki, a Polska ich bardzo potrzebuje jako siłę roboczą, ale także, by Polska nie straciła szans na rozwój. W XXI wieku musimy się rozwijać, nie tylko pielęgnować terytorialne tradycje.

Jak pana edukacja w Anglii jest wykorzystywana w pracy w Polsce?

W Anglii studiowałem literaturoznawstwo i religioznawstwo. Pomaga więc mi w każdym aspekcie życia w Polsce. Trochę uczę angielskiego, trochę wykonuję komercyjne tłumaczenia (jedynie z polskiego na angielski) ale przede wszystkim skupiam się nad tłumaczeniami i integracją kulturalną. Nauczyłem się w Anglii jak dogadywać się z ludźmi z różnych sfer, klas i kultur. To bezcenne.

Czy czuje się pan bardziej światowy?

Bardziej niż? Wiekszość Polaków? Brytyjczyków? Napewno. Ale popatrzmy na “Akademię Pana Kleksa”,  tam jest tak wiele wątków multikulturowych, tylko w Polsce niewiele osób to docenia. Polska to kraj stworzony przez różne kultury, nacje – wschodu, zachodu, południa i północy. Inwazje, potopy, rozbiory, to wszystko z nas zrobiło ludzi – mozaiki. Jesteśmy silnym stopem, tylko my tego nie widzimy i nie doceniamy.

Czy jest w Polsce zapotrzebowanie na takich ludzi jak pan?

Dużo wykonuję tłumaczeń akademickich i komercyjnych, ale nie ma wspomagania rzetelnego dla tłumaczy literackich. Są małe granty, nagrody, ale ciągle traktujemy książi jako święte skarby, a nie nośniki narracji, które jednak trzeba sprzedać, by te narracje po prostu dotarły do czytelników. Do ludzi. Każdy chce bym ich uczył angielskiego, ale nie wierzą w moją misję. Polacy są wykończeni swoją historią, nie ufają po prostu – „once bitten, twice shy” to motto Polski. Ale jak Wojciech Młynarski nas uczył: „Róbmy swoje!”.

W jakim języku rozmawia pan z mamą i rodzeństwem?

Z matką po polsku. Z rodzeństwem po angielsku. Brat urodził się w Londynie, nie odwiedzają Polski, więc nie ma głębszej potrzeby pielęgnowania tego trudnego języka. Ja cały czas, nawet, gdy pomiędzy 1985 i 1995 nie odwiedzałem Polski, ciągle czytałem książki w tym języku. Płynność w mówieniu i pisaniu to nie czary, czy dar z nieba, trzeba pracować nad tym. Dlatego świetnie piszę po angielsku, ale słabo po polsku. Dużo słucham, mówię i czytam w moim ojczystym języku, ale nie pisałem w nim już od dawna.

Czy ma pan dzieci? Jeśli tak, czy są dwujęzyczne?

Nie mam dzieci. Moje tłumaczenia, ręcznie robione książki, moje projekty integracji kulturowej – to moje dzieci. A rodzina to artyści. Trudna, złożona rodzina, ale w swój krzywy sposób kochamy się. Uwielbiam obcować z małymi czytelnikami. Oni wiedzą co jest dobre, co złe, co gra, a co nie. Nie myślą o karierach, o układach, o pomnikach. Robią teatrzyki z moich tłumaczeń, książeczki, piosenki. Dla nich żyję, tak naprawdę.

Czy tłumacz to tylko zawód, czy też pewna misja?

Tłumaczenia z angielskiego na polski są zawodem dla wielu, ale z polskiego na angielski to raczej misja. W Polsce około 40% książek wydawanych co roku dla dorosłych to tłumaczenia! W USA, jak podaje University of Rochester, NY, tłumaczenia z różnych języków stanowią zaledwie 3 procent.

Od kiedy zajmuje się pan tłumaczeniami?

10 lat temu zacząłem tłumaczyć książki Andrzeja Stasiuka, bo się nimi zachwyciłem! Nic z tego nie wyszło. Ale potem ktoś mnie poprosił, bym przełożył „Małpę w kąpieli” Aleksandra Fredry, dla emigracyjnego teatru w Wielkiej Brytanii i wtedy odkryłem w sobie pasję do tłumaczenia wierszy dla dzieci i piosenek dla dorosłych. Tuwim, Brzechwa, Fredro, Młynarski, Osiecka, Przybora. To są dosłowne kopalnie złota.

Co jest największym wyzwaniem dla pana podczas tłumaczenia tekstu?

Problemem są prawa autorskie i dystrybucja. Ale już się zająłem pokonywaniem tych „zasadzek”. A samo tłumaczenie to czysta przygoda. Jak oddać klimat, rytm, rym, poczucie humoru i oczywiście morał tych genialnych wierszy i piosenek? Nie zawsze wychodzi, nie zawsze jest możliwe, ale zawsze warto próbować. Zacytuję Młynarskiego: „Róbmy swoje! Róbmy swoje! Może to coś da, kto wie?”

Kogo z tłumaczy polsko-angielskich uznaje pan za swojego ‘idola’?

Nie mam mistrzów. Imponuje mi talent Jennifer Croft, która otrzymała właśnie Bookera za tłumaczenie Olgi Tokarczuk. David French tłumaczył już zapomniane warszawskie powieści “Lalkę” Prusa i “Zły” Tyrmanda. Marcel Weyland i Walter Whipple ślicznie przekładali takie wiersze jak „Lokomotywa” Tuwima, ale to było dawno temu i są to już staroświeckie interpretacje. Ja robie coś bardziej współczesnego. Są stowarzyszenia tłumaczy, festiwale, programy mentoringu, i mam nadzieję,  że z czasem pojawi się nowa generacja doskonałych tłumaczy z polskiego na angielski. Jeśli są tacy i czytają te słowa, proszę się ze mną kontaktować, bardzo chętnie doradzę, pomogę, podsunę rozwiązania. Wcześniej, tłumacze konkurowali ze sobą, o autorów, o granty, o książki, ale to jest źle dla literatury, którą przekładamy. Tłumacz pownien być równie kreatywny i odważny jak autor. Nie jest sługą, robotem, jest także artystą. To bardzo, bardzo ważne.

Jakie są pana plany na następnych kilka lat?

Praca nad projektem www.poetryonsong.com. Chcę, by za kilka lat cała Polska recytowała i śpiewała moje tłumaczenia Tuwima, Hemara, Kofty, Konopnickej. Chcę wydać stos książeczek, sfilmować 100 wierszorynek, zorganizować konkurs teatralny. Podróżować po świecie jako ambasador tych cudownych dzieł. To i ciężka praca i cudowna misja, ale jakoś nie lubię łatwych zajęć. Jestem bardzo, bardzo szczęśliwym człowiekiem i nie wyobrażam sobie życia bez tych różnych, różnistych literatur. Chcę stworzyć spektakle muzyczne z Franka Kimono po angielsku, z warszawskich piosenek, z bajek dla dzieci. Filmy animowane. Gry komputerowe. Audiobooki i słuchowiska. Kocham bezapelacyjnie tych autorów i ich “babies”, chcę, by objechały cały świat. W tym jest najpiękniejsza bajka jaką sobie mogę wyobrazić. Jakość, ilość, radość jest w polskich rymach i melodiach! Jest absolutnie wszystko!

A zatem życzę jak najwięcej energii i sukcesów wydawniczych!

 

Rozmawiała: Danuta Świątek

Zdjęcie: Bartek Warzecha

Poprzedni artykułDzień Dziedzictwa Polskiego w Lindenhurst NY. 10 czerwca
Następny artykułArtyści Andersa
Danuta Świątek
Danuta Świątek – redaktor naczelna portalu. Dziennikarka prasowa. Była korespondentka „Życia Warszawy” i „PANI” w Nowym Jorku. Współpracowała z amerykańską edycją „BusinessWeek” i „Working Mother”. Autorka książek m. in. “Kimberly”, „Kimberly jedzie do Polski” i współautorka “Przewodnika po Nowym Jorku”. Terapia reminiscencyjna jest jej wielką pasją. Każdą sobotę spędza z dziećmi w polonijej szkole, gdzie ma szansę działać na rzecz dwujęzyczności w praktyce. Koordynatorka akcji „Cała Polonia czyta dzieciom” w USA. Kontakt: DanutaSP@outlook.com

1 KOMENTARZ

  1. Well done!!! Ja i moje dzieci uwielbiamy tłumaczenia Marka. W polskiej szkole w UK również zachwycamy się nimi. Postawa Marka jakże bliska nam – emigrantom i powrotnikom.
    Marku życzymy powodzenia i trzymamy kciuki za realizacje Twoich planów. Jeśli będziesz potrzebował dwujęzycznych dzieciaków do swoich projektów, filimów etc. pisz śmiało marianowak994@gmail.com
    Pozdrawiam

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj