Dostaliśmy żółtą kartkę od świata, następna będzie czerwona! Rozmowa z Kazimierzem Bonowiczem, mieszkańcem województwa kujawsko-pomorskiego, o maseczkach szytych z wyjściowych koszul i dlaczego dostaliśmy żółtą kartkę od świata.

Jak panu żyje się w czasach pandemii?

Bywało lepiej, ale nie narzekam.

Dlaczego pan nie narzeka?

Bo w czasie komunizmu też stałem w kolejkach, w sklepie z napisem „Mięso” siedział tylko rzeźnik, a wychodzić można było tylko w określonych godzinach. A tak poważnie, to nie ma co narzekać, tylko należy dostosować się do zasad izolacji i spróbować wieść na tyle normalne życie, na ile się da.

Co to znaczy?

To znaczy, że musiałem zmienić trochę swój program dnia, ale tak naprawdę przy dobrym zorganizowaniu się i odrobinie fantazji naprawdę da się wszystko zrobić. Oczywiście, zrezygnowałem z nordic walking i innych aktywności w przestrzeni publicznej, ale nadal chodzę do pracy, a to z racji tego, że należy ona do sektora publicznego i nie mogę wykonywać jej z domu, robię zakupy czy wykonuję prace w ogrodzie, tyle że z zachowaniem niezbędnych środków ostrożności. Poza swobodnym przemieszczaniem się nie odczuwam szczególnie skutków izolacji, na które skarży się wiele osób, czyli na nudę.

Nie nudzi się pan?

Absolutnie nie! Nawet nie wie pani, ile mam zajęć po powrocie do domu. Majsterkowanie, pielęgnacja ogrodu, rozwijanie swoich umiejętności kulinarnych.

Gotuje pan?

Oczywiście. Teraz, kiedy nie można dostać wszystkich produktów, trzeba wykazać się większą kreatywnością. Kupuję u lokalnych wytwórców, żeby wesprzeć, na ile mogę, naszą rodzimą gospodarkę. Świetnie mi idzie robienie masła, śmietany, twarogu. Musiałem sam zrobić przyrządy niezbędne np. do ubijania masła, ale jak widać, potrzeba jest matką wynalazków.

Żyjemy w wyjątkowych czasach, gdzie jakby czas się zatrzymał.

Już nigdy może nie powtórzy się taki moment, kiedy świat na naszych oczach zwolnił, żeby nie powiedzieć wręcz zatrzymał się. I to nie my się zatrzymaliśmy, ale świat się zatrzymał. To oznacza, że wszyscy jesteśmy w takiej samej sytuacji. Walczymy z niewidzialnym wrogiem, który jest naszym wspólnym wrogiem. To jest naprawdę wyjątkowa sytuacja. Jeszcze chyba nigdy nie było tak, że cały świat się zatrzymał, a my musimy się do niego dostosować. Okazało się, że nie jesteśmy jednak panami sytuacji i nie możemy wszystkiego, jak się nam wydawało. To uczy pokory.

To trochę tak jak z biblijną wieżą Babel. Ludzie chcieli sięgnąć Boga, żeby pokazać, że potrafią wszystko i tak naprawdę nie różnią się od niego. A on pomieszał im języki i nie mogli dokończyć budowy. Myślę, że świat zrobił z nami dokładnie to samo. Pokazał nam, że nie możemy wszystkiego, że mamy swoje ograniczenia i warto się nad tym teraz zastanowić. Zapędziliśmy się ze wszystkim za daleko. Zarówno z technologią, która oczywiście ułatwia nam życie, ale z drugiej strony negatywnie wpływa na naturalny bieg rzeczy, jak również na nas samych. Jeździmy coraz szybciej i wygodniej, a trudno nam czasami podejść do bliskiej nam osoby dwie ulice dalej, żeby z nią pobyć przez chwilę przy herbacie. Rozmawiamy przez telefony i komunikatory społeczne, a nie potrafimy zamienić dwóch słów z sąsiadem. Zamieszczamy zdjęcia na Facebooku czy Instagramie z naszymi bliskimi, z którymi w rzeczywistości drzemy cały czas koty.

Świat postanowił od nas trochę odpocząć. Zamknął nas w domach i kazał zastanowić się nad sobą. I pewnie dlatego tak trudno ludziom znosić izolację. Nawet jeśli zostali zamknięci z osobami z najbliższego otoczenia. Świat nas zmusił do refleksji. Trzeba teraz usiąść i zmierzyć się z samym sobą. Z tym wszystkim, co było odkładane na później, co było spychane na boczny tor albo zagłuszane przez pracę i inne zajęcia. To z pewnością nie jest łatwe. Najszczęśliwsi są ci, dla których jedynym problemem izolacji jest to, że nie mogą wyjść na spacer.

Jakie reakcje ludzi może pan zaobserwować?

Jak zawsze w tak trudnych sytuacjach, można zaobserwować dwie skrajne postawy: ludzie albo stają się bardziej zjednoczeni i życzliwsi dla siebie, albo są lekkomyślni i nierzadko agresywni, nie mówiąc już o tym, że po prostu bywają mało sympatyczni. Ale jako człowiek, który przeżył komunizm i stan wojenny, mogę powiedzieć, że generalnie te reakcje są podobne. Myślę, że gdybym spytał mojego ojca, który przeżył wojnę i obóz koncentracyjny, powiedziałby to samo.

Ludzie w takich sytuacjach ujawniają albo swoje najszlachetniejsze, albo najmniej szlachetne cechy. Zawsze tak jest. Trudno też oceniać takie zachowania. Pewnie też tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono. Oczywiście, przykro słuchać, że ktoś oferował staruszce pomoc w zakupach, wziął pieniądze i nigdy się nie pojawił. Przykro oglądać rosnące do granic absurdu ceny, mimo wyraźnego zakazu ich podnoszenia. Ale chyba jeszcze bardziej przykro czytać komentarze w internecie. Zamiast słów o jednoczeniu sił w walce ze wspólnym wrogiem, wciąż ciągłe narzekanie, obwinianie siebie nawzajem albo zwykła nienawiść, która, mam wrażenie, jest naprawdę jedyną bezinteresowną rzeczą, którą dzielą się internauci. To jest naprawdę przykre, ale w moim najbliższym otoczeniu na szczęście nie spotkałem się z łamaniem zakazów izolacji. Ludzie też są przyjaźni i pomocni. To budujące.

A co pana złości?

Bardzo mnie złoszczą sytuacje, kiedy ktoś mimo zakazu wychodzenia i gromadzenia się urządza grilla na dwadzieścia osób. Musimy podnosić odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale i za innych. Nie narażać siebie, ale i nie narażać innych. Bardzo mnie uderza brak zdrowego rozsądku u wielu osób. Jeśli ktoś mówi, że przestrzega zasad izolacji, bo spotyka się tylko z panem X i panią Y, a nie rozumie, że pan X i pani Y spotkali się z kolejnymi trzema osobami, a te trzy osoby spotkały kolejne trzy osoby, to nagle się okazuje, że tak naprawdę mamy już łańcuch infekcji. To naprawdę nie jest czas ani na bycie lekkomyślnym, ani na zgrywanie bohatera. Prawdziwymi bohaterami są ludzie z pierwszej linii frontu: służba zdrowia, policja, strażacy, wojsko, ale też sprzedawcy, kasjerzy, kurierzy. Oni robią wszystko, żeby nas uratować, a my nie możemy usiedzieć na miejscu kilku tygodni? Bo akurat musimy właśnie teraz pójść do lasu na spacer? Ja też chciałbym pójść do na spacer do lasu. Ale ze względu na własne i nie tylko własne bezpieczeństwo i szacunek dla pracy tych ludzi, nie idę. A jak już mam gdzieś iść, to tylko po to, żeby załatwić sprawy niezbędne. Ale i wtedy zachowują ostrożność: zakładam rękawiczki i maseczkę.

Co z deficytem tych materiałów?

Faktycznie w pewnym momencie nastąpił duży ich deficyt. To, co było najbardziej dramatyczne, to to, że zabrakło maseczek nie tylko dla ludzi, ale i dla służby zdrowia. Maseczki szyję sam. Są wielokrotnego użytku, co znacznie ułatwia sprawę. Zużywam wszystko co się da, głównie bawełnę, ale jak trzeba, to idą w ruch koszule wyjściowe.

Szyje pan dla siebie?

Dla siebie, żony i wszystkich tych, którzy ich potrzebują. Tym bardziej że weszły przepisy, że można wychodzić jedynie w maseczkach, więc dużo ludzi ich potrzebuje. Jeśli to, że komuś uszyję maseczkę, ochroni go przed zarażeniem, to warto siedzieć po nocach.

Co w tej chwili pana martwi najbardziej?

W tej chwili najbardziej martwię się o córkę, która jest w Nowym Jorku, a jak wszyscy wiemy, to centrum pandemii i o syna, który jest żołnierzem, a więc jest na pierwszej linii frontu. Myślę też o tym, jak będzie wyglądał świat po pandemii.

Myśli pan, że będzie gorszy, a może lepszy?

Będzie na pewno inny. Dostaliśmy żółtą kartkę od świata. Następna będzie czerwona. Zróbmy wszystko, żeby jej nie dostać. 

Dziękuję za rozmowę i życzę zdrowia.

.

Rozmawiała: Danuta Świątek

Zdjęcie: archiwum rodzinne

1 KOMENTARZ

  1. Dzien dobry !Bardzo zyciowo madry ten Pan, z ktorym przeprowadzono wywiad …Ale szkoda ze nie podano zadnych informacji o nim, chociazby imienia i paru slow wprowadzajacych ..Bo to raczej nie spotykane w wywiadach, ze w zaden sposob nie przedstawia sie czytelnikowi, o kim bedzie czytal. No i chyba tez dziwne dla tego Pana , bo przeciez jak zgodzil sie na opublikowanie zdjecia , to pewnie nie ma nic przeciwko podaniu swojego nazwiska. ..No nic , ale za wywiad dziekuje.
    Ja natomiast mam na imie Agnieszka i mieszkam z rodzina w Berlinie, tez na emigracji, tylko znacznie blizej od kraju..I jak wiekszosc ludzi, rowniez i tu w Niemczach przystanelismy w biegu …Musze przyznac, ze ja takze, jak Pan z wywiadu, widze w tej sytuacji nie tylko negatywy, ktore oczywiscie przewazaja, ale rowniez szanse dla nas samych na uslyszenie swojej melodii zycia:-) Jedynie tylko martwie sie o moich rodzicw, starszych i chorych, ktorzy zostali teraz w Polsce sami (siostra mieszka w kraju ale w innym miescie..) Kiedy bedziemy mogli ich odwiedzic???? Przeciez nawet wredy, gdy otworza granice, nie bedzie to bezpieczne, ze wzgledu na potencjalna mozliwosc zarazenia ich..Lepiej o tym nie myslec, tylko czekac z nadzieja na szczepionke albo lek..Pozdrawiam

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj