Są dni, kiedy wielkie miasto to za wiele. Wszystkiego: tempa ego, tłumów biegnących we wszystkich kierunkach, brudnych stacji metra, strzelistych biurowców, wystrzyżonych trawników i klombów, graffitti, samochodów, witryn, telefonów, laptopów, kawalkad modnych restauracji i innych rozrywek, ludzi rozmawiających głośno z niewidzialnym interlokutorem w środkach transportu lub pośrodku ulicy, twarzy pustych jak lustra, w które ich właściciele zbyt często się wpatrują, gdy akurat nie przeglądają się w swoich zdjęciach, nie tkwią w jakiejś politycznej kłótni lub o coś nie apelują na jednym ze społecznościowych portali; zmieszanych z potem zapachów tajskiego, meksykańskiego i włoskiego jedzenia, reklam, głośnej muzyki, odkładanej na później potrzeby snu, głosu w głowie, żeby szybciej, sprawniej, lepiej, mądrzej… i innych bodźców, które odrywają nas od siebie, rozpraszają uwagę i dzielą obecność na malutkie fragmenty, które nijak potem nie dają się poskładać w spójną i sensowną całość, ale bardzo dobrze ją udają, świetnie zorganizowane już od piątej rano.

 

 

 

Warto wtedy wybrać się na wyspę. Na przykład. Nawet jeśli nie bezludną. W okolicach Bostonu jest ich dużo. Plum Island (nie mylić z nowojorską wyspą o tej samej nazwie) nie należy do najbardziej spektakularnych, ale jej krajobrazy wyróżnia surowe piękno, którego brakuje pełnym słodyczy i uroku albo bardziej wyrafinowanym koleżankom, takim jak np. Martha’s Vinyard. A poza tym, co dodaje jej serca, jest to prawdziwe ptasie królestwo.

Dla wielu osób wyspa Plum to „azyl” i ucieczka od cywilizacji. Powrót do natury, samotności, prostych wartości świata, który nie bierze udziału w codziennym wyścigu (i naprawdę nieważne, gdzie ustanowiliśmy naszą metę). Położona zaledwie godzinę drogi od korporacyjnych zegarów Dowtown Boston, na północno-wschodnim wybrzeżu Massachusetts (na północ od Cape Ann) wita nas mglistą, siąpiącą drobnym deszczem pogodą, która wygładza duszę jak rzeka kamienie na dnie. Ładnie tu – melancholijnie, rozlegle, rozlewiskowo. Łąki, chwasty i ocean pachną, małe kwiaty wyskakują plamami koloru spomiędzy traw, piaszczyste drogi (asfalt skończył się już jakiś czas temu) rysują wzory wzdłuż brzegów. Ptaki kołują nad nami, jakby oceniając naszą przynależność do gatunku.

 

 

 

Śliwkowa wyspa swoją nazwę zawdzięcza dzikiej śliwie; krzewowi, który rośnie na jej piaszczystych wydmach. Plaże wabią dziś pustkami. Wzdłuż brzegu – zarówno od strony oceanu, jak i ujścia rzeki Merrimack – ciągną się pastelowe rezydencje z przeszklonymi dobudówkami, letnie domki i dworki, drewniane budki. Pod pochmurnym sklepieniem wyglądają jeszcze bardziej malarsko czy filmowo. Podobno na wyspie nakręcono „Czarownice z Salem” (których nawet z tej okazji raczej nie obejrzę, ale może kogoś akurat to do wizyty zachęci). Salem jest stąd kawałek, dużo bliżej – Newburyport ze stylowymi sklepami ze starzyzną, galeriami, kawiarniami i niesieciowymi księgarniami, promenadą z brukową kostką i dorocznym letnim festiwalem muzyki alternatywnej stacji 92.5 The River (Boston Independent Radio) – Riverfront Music Festival – byliśmy, polecam.

 

 

 

Wyspa ma zaledwie 11 mil i najbardziej znana jest z rezerwatu dzikiego ptactwa Parker River National Wildlife Refuge, który otrzymał nawet tytuł trzeciego w Ameryce „hottest spot” ornitologów (pozostałe miejsca znajdują się w New Jersey i Teksasie). Napotkać tu można nie tylko przedstawicieli 365 różnych gatunków dzikich ptaków, ale także ptasie obserwatoria, wieżyczki, liczne karmniki oraz oczywiście ornitologów i ornitofili. Wśród najpopularniejszych gatunków tego lęgowego rezerwatu i miejsca, do którego powracają wędrowne ptaki (założonego w 1942 r.), wymienia się m.in. amerykańskiego orła, gęsi Canada, krzyżówki, czaple, rybołowy, łabędzie, sokoły, dzikie indyki, pelikany, kormorany, sowy, kukułki, mewy, ibisy czy biegusy.

 

 

 

Do naszych ulubionych należą piping plovers (sieweczki blade), których dziś jest już tylko około 8 tysięcy egzemplarzy. Ptaszek w kolorach piasku porusza się śmiesznymi podskokami, jak na przyspieszonym filmie albo jak zabawka na sznurku, i wydaje przy tym charakterystyczny miękki piszczący gwizd. Znany jest też jako bohater nagrodzonej w 2016 roku Oscarem krótkometrażowej animacji Disney Pixar o ptasim dorastaniu. Fragmenty produkcji można zobaczyć tutaj:

https://www.youtube.com/watch?v=3pdGazmHAww

 

Maleńkich siewek jest na Wschodnim Wybrzeżu coraz mniej (około 800 rozrodczych par, w tym 200 w okolicach Nowego Jorku) – ze względu na globalne ocieplenie, turbiny wodne, platformy wiertnicze, ludzkie rekreacje i działalność firm developerskich. Na Jones Beach w Nowym Jorku najbardziej zagrażają ponoć siewkom dzikie koty.

 

 

 

Po kilku godzinach włóczenia się wśród podmokłych łąk i podglądania ptaków na pustkowiach łagodniejemy i rozluźniamy się tak, że wielkomiejski street smart spada nam pewnie prawie do zera. Wracamy nasiąknięci melancholią, ale uśmiechnięci, w deszczu, który złapał nas w końcu na najdalej na południe wysuniętym krańcu wyspy, podczas wędrówki po spowitej siną mgłą plaży. Za wszystkie atrakcje zapłaciliśmy raptem $5 wjazdowego do rezerwatu.

 

Tekst i zdjęcia: Lidia Russell

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Poprzedni artykułDziewczynki szybciej zaczynają mówić… bo mają lepsze geny?
Następny artykułNowe plakaty z hasłami na Polonijny Dzień Dwujęzyczności 2017

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj