Walentyna Janta - Polczynska (Pacewicz)
Walentyna Janta – Polczynska (Pacewicz)

Ktoregoś dnia zadzwonił Wojtek, kolega z zaprzyjaźnionej gazety.
– Chcesz pójść ze mną na ciekawe spotkanie? – zapytał.
– Z kim?
– Z sekretarką generała Sikorskiego, za parę dni kończy sto lat.

Byłam BARDZO zainteresowana! Kawałek historii naszego kraju w postaci jednej osoby, która osobiście brała udział w najważniejszych wydarzeniach związanych z Polską. Walentyna Janta-Połczyńska (Pacewicz), długoletnia sekretarka Władysława Sikorskiego to jedyna żyjąca osoba, która była najbliżej generała i należała do jego najbardziej zaufanych osob. W odosobnionym pomieszczeniu spisywała na maszynie szczegółowe dane o dziesiątkach najważniejszych osób w konspiracji w kraju, łącznie z ich prawdziwymi nazwiskami, pseudonimami i dokładnymi adresami. Były to supertajne materiały.

Znała osobiście wiele osób, które wpisały się w dzieje Polski, między innymi Józefa Hieronima Retingera, doradcę ds. politycznych generała Sikorskiego czy emisariusza Jana Karskiego, który często odwiedzał placówkę Sikorskiego w Wielkiej Brytanii i dyktował pani Walentynie przygotowywane raporty.

Pracowała dla generała aż do jego tragicznej śmierci w gibraltarskiej katastrofie. Po wypadku wyjechała do USA. Tam poślubiła Aleksandra Jantę – Połczyńskiego, znanego pisarza, poetę, dziennikarza, podróżnika
i aktywnego działacza Polonii amerykańskiej. Wraz z mężem prowadziła antykwariat słowiański, którego cenne zbiory, między innymi dawne mapy Polski, rękopisy, dokumenty historyczne, starodruki, przekazała po jego śmierci do Biblioteki Narodowej w Warszawie (w ich kolekcji znajdowały się zupełne unikaty, często uznane za zaginione lub nienotowane w bibliografiach, np. listy królewskie, autografy i listy Mickiewicza, rysunki Conrada itp.)

Dom pani Walentyny i jej męża Aleksandra w Nowym Jorku był często odwiedzany przez pisarzy i artystów
z Polski. Oprócz stałych bywalców, jak Kazimierz Wierzyński i profesor Wacław Jędrzejewicz, bywali w nim również Czesław Miłosz, Zbigniew Herbert, Jerzy Giedroyc, Zdzisław Czermański, Antoni Słonimski, Tymon Terlecki, Jerzy Wittlin, Wacław Iwaniuk, Aleksander Hertz, Jan Kott, Wojciech Siemion, wielu naukowców
z Polski, stypendystów i dziennikarzy.

Byłam bardzo podekscytowana tym spotkaniem.

Kilka dni później jechaliśmy już razem na Elmhurst, w dzielnicy Queens, gdzie mieszkała pani Walentyna. Przywitał nas przed bramą pan Ryszard, długoletni przyjaciel domu. Zaprosił do środka i po chwili witaliśmy się ze starszą, miłą panią, która wydawała się być zadowolona z tylu gości. Na spotkanie zaproszony był również pan Teofil, dziennikarz, pisarz, przyjaciel pani Walentyny, który ugościł nas ciepła herbatą i ciasteczkami.

Tylko proszę mówić głośniej, bo niedosłyszę. – śmiała się gospodyni.

Wkrótce potem przysłuchiwaliśmy się jej wspomnieniom.

Walentyna Pacewicz (po prawej) ze szkolną  koleżanką.
Walentyna Pacewicz (po prawej) ze szkolną koleżanką.
– Uczęszałam wtedy do szkoły w Londynie. Któregoś dnia przyjechał pułkownik Kwieciński z ambasady i mówi do mnie: „Pani zaraz przyjdzie do nas do pracy!”. Mówię mu: „Ale ja mam szkołę, nigdy nie pracowałam w biurze, co ja tam będę robić?”. On na to: „Nauczą panią, a my nie mamy wyboru, nie mamy ludzi do pracy”. Nie było w ogóle gadania!
Wsadzili mnie do taksówki z maszyną do pisania. To była polska maszyna, te maszyny nazywały się efki i były to chyba najlepsze maszyny na świecie. Robiła je fabryka karabinów. Kiedy tylko dotknęło się je lekko palcami, od razu pisały, fenomen! Pojechałam do hotelu, gdzie był generał. Tak to się zaczęło.
– rozpoczyna swoją opowieść pani Walentyna.

Było nas troje w biurze Prezydium Rady. W Konsulacie pani konsul miała pięciu konsulów do pomocy, a premier rządu miał tylko trzy osoby! Generał był ujmującym człowiekiem, szalenie delikatnym, dobrze wychowanym. Był też bardzo cierpliwy. Nieraz, kiedy pisałam na maszynie pod jego dyktando, zmieniałam kartki, coś poprawiałam, on zawsze cierpliwie czekał, nie okazywał nigdy żadnych nerwów. Oczywiście zdarzało mu się wybuchać na zebraniach ministrów!

Nie chcę przytaczać wszystkich opowieści pani Walentyny. Materiał filmowy z całego spotkania ukaże się już niedługo na łamach portalu www.DobraPolskaSzkola.com i już teraz gorąco go polecam. Chciałabym jedynie zaznaczyć jedną rzecz, która poruszyła mnie w trakcie tego wydarzenia. Jadąc na spotkanie z panią Walentyną, wyobrażałam ją sobie jako świadka ważnych wydarzeń politycznych, żywą lekcję historii, źródło informacji, których raczej nie musimy już weryfikować w dodatkowych materiałach i które tak bezpośrednio podane, zazwyczaj na zawsze zapadają w pamięć. To wszystko z pewnością zobaczyłam w osobie pani Walentyny.

Jednak zobaczyłam coś jeszcze. Albo kogoś jeszcze. Słuchając jej wspomnień i opowieści, w pewnym momencie zniknęła starsza, prawie stuletnia siedząca w fotelu pani, a ukazała się młoda, pełna życia, wesoła dziewczyna, która opowiadała swoją historię tak, jakby to działo się całkiem niedawno. Mówiła, jak pojechała do Londynu, żeby podszkolić się w języku angielskim, jak wciągnęło ją szkolne życie, rówieśnicy, wydarzenia wielkiego miasta. Zobaczyłam jej oczami piękne dziewczyny i przystojnych chłopców, pełnych młodzieńczej energii i pomysłów na życie. Niczym nie różnili się od dzisiejszych młodych ludzi. Również szukali swojego miejsca w życiu, chcieli się uczyć, szkolić język, podróżować i poznawać inne kraje. Nikt nie wierzył, że wojna będzie naprawdę. „Wyjeżdzając w przerwie wakacyjnej do Polski, każdy z nas wierzył, że za dwa miesiące spotkamy sie znowu.” – mówiła pani Walentyna. Wielu z nich nie spotkała już wcale. Została w Londynie, bo zatrudniono ją do pracy dla generała. Za miesiąc wybuchła w Polsce wojna. Historia była dla tamtego pokolenia dużo mniej łaskawa niż dla następnych.

Te dwie godziny spędzone z panią Walentyną z pewnością pozostaną w mojej pamięci na długo.
Nie tylko dlatego, że zabrała nas ze sobą w prawdziwą podróż w czasie, do wydarzeń niezwykłych i tragicznych. Dla mnie osobiście była to też lekcja życia, która uzmysłowiła mi, że czas może być rzeczą względną, swego rodzaju iluzją narzuconą przez życiowe wydarzenia i naszą codzienność. W głębi duszy, pomimo upływających lat, wciąż pozostajemy tymi samymi osobami, młodymi, żywiołowymi, pełnymi pasji.

Taką z pewnościa pozostała pani Walentyna. Przynajmniej w moich oczach.

Marta Kustek

Poprzedni artykuł„45 mln zł na pomysły młodych”
Następny artykuł„O Bałtyku w sposób multimedialny”

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj