Fot. www.pmk-berlin.de

Nie wie kiedy i gdzie przyszedł na świat. Nie zna swoich rodziców. Prawdopodobnie został przez nich porzucony. Do dzisiaj mimo starań nie trafił na ich ślad. We wczesnym dzieciństwie przebył nieuleczalną chorobę – wirusowe zapalenie rogów przednich rdzenia kręgowego.

Słuchaj uważnie co ten pan mówi – zwraca uwagę rozkojarzonemu synkowi mama. W centrum ołtarza siedzi na krześle niewysoki mężczyzna i opowiada dramatyczną historię swojego życia, kalectwa i cudownego uzdrowienia. Obok niego leżą kule ortopedyczne. Zanim zajął to miejsce, opierając się na nich, przemierzył kilka schodów. Jedną nogę ma nadal sparaliżowaną, a mimo to opiera się na niej. Jak to możliwe? Jak się potem dowiaduję, Zygmunt może przejść przy pomocy kul nawet 20 metrów, tak by nogi cały czas były ok.10 centymetrów od ziemi.

Chcę wam opowiedzieć niezwykłą historię, która zdarzyła się w moim życiu – mówi ciepłym głosem. Wszystkie oczy przybyłych z zainteresowaniem śledzą każdy jego ruch. – Chcę też, abyście dziękowali Bogu za wszystko co otrzymujecie, za to, że chodzicie, mówicie, prowadzicie samochód, wykonujecie tak dużo różnych czynności, macie tak dużo różnych talentów i umiejętności. A czy zadajecie sobie pytanie czy dobrze wykorzystujecie dary dane od Boga? Pragnę też, abyście w swoich modlitwach nie zapominali prosić o orędownictwo Matki Bożej, naszej niebieskiej matki.

We wczesnym dzieciństwie ciężko chorował, miał niewładne ręce i nogi. Jego życie podtrzymywały różne podłączone urządzenia, m. in. sztuczne płuca, pokarm do żołądka podawano rurkami, bo nie mógł samodzielnie połykać. Groził mu też zanik mowy.

Na początku niedzielnego koncertu niecodzienny gość obiecuje przybyłym, że dokładnie pokaże tę nadal niewładną nogę, aby przekonać ich o nadprzyrodzonej interwencji Boga. Wszystkie miejsca siedzące w kościele zajęte. Wiele osób też stoi. Wszyscy wpatrzeni są w sylwetkę siedzącego mężczyzny z gitarą w ręku. Nad ołtarzem góruje dużych rozmiarów figura Chrystusa Zmartwychwstałego.

Ten koncert, na który was zaprosiłem pragnę ofiarować jako moje dziękczynienie Bogu – ciepłego, miłego głosu chętnie się słucha. Przesłanie spotkania zostało jasno sprecyzowane. I w tym momencie poczułam wewnętrzną radość, przypominając sobie apel jednego katolickich portali, który zapraszał: “Pomóżcie nam pokazywać dobro w kościele”.

Jesteśmy w mojej ostrołęckiej parafii w kościele pw. Zbawiciela Świata. Koncert odbywa się w święto Matki Boskiej Częstochowskiej. Czy to jest przypadek? Jeśli tak, to mamy ogromne szczęście i specjalne układy u kogoś z góry. Proboszcz parafii ks. Jan Świerad mówi tajemniczo: To zasługa Ducha Świętego, który przyprowadził nam tego artystę. A obecny rok w kościele upływa pod hasłem ”Napełnieni Duchem Świętym”.

Chwała Ci Panie. Bądź uwielbiony. Patrząc jak palce artysty zręcznie przesuwały się i szarpały struny, wydobywając z instrumentu piękne melodie akompaniujące mocnemu głosowi, trudno było uwierzyć, że ten człowiek był całkowicie sparaliżowany, że nie mógł wydobyć z siebie głosu, że był głuchy.

Bóg cofnął nieuleczalny ludzkimi rękami paraliż pozostawiając jedynie niedowład lewej nogi. W przeciwnym wypadku pewnie mało kto uwierzyłby w moje kalectwo – wyjaśnia artysta, odpowiadając na wątpliwości rodzące się u wielu słuchaczy. To świadectwo jest poruszające. Czy to może być prawda?

A potem wzlatują aż do kopuły świątyni melodie wielbiące dzieła Stwórcy i dobroć Maryi, matki i orędowniczki. Mocne dźwięki gitary i piękny, miękki głos śpiewającego przykuwa uwagę. Artysta śpiewa w różnych językach. Jak się ich nauczył? Też nie potrafi tego wyjaśnić, jak również innych cudownych rzeczy, które stały się w jego życiu. Piszę “artysta”, nie podając nazwiska i imienia. I to też nie byłoby przeoczenie, gdyby nie przyznano mu z urzędu fikcyjnych danych. Zygmunt Romanowski, takie nazwisko i imię otrzymał z urzędu.

Nie mogłam wyjść z podziwu. Uczestnicząc w koncercie Zygmunta czułam w sercu ogromną radość i wdzięczność dla Pana Boga, że po tylu cierpieniach tego człowieka obdarzył go tak wieloma talentami – dzieli się swoją opinią Jadwiga, emerytowana nauczycielka. – Nie jestem muzykiem -dodaje – ale w zdumienie wprawia mnie ta rozległa skala głosu, ta przepiękna barwa, te umiejętności manualne. Jak można grać na gitarze trzymają instrument z tyłu na karku?

Kolejne piosenki przerywane zostają opisem losów Zygmunta. Paraliż, ku ogromnemu zaskoczeniu lekarzy, ustąpił, ale chłopiec został niemową i nic nie wskazywało na to, że będzie kiedykolwiek mówił. Przebywał wtedy w ochronce prowadzonej przez siostry zakonne i padał ofiarą złośliwości innych dzieci, które dokuczały mu wiedząc, że nie potrafił się bronić.

Któregoś dnia płacząc z powodu tak wielu smutków krzyknąłem, co wprawiło siostrę w osłupienie – czytam historię Zygmunta. Naukę mówienia nie rozpoczął od słów „mama”, ”tata”, ale od słów modlitwy. Miał już wówczas siedem lat.

Nie trzeba być pięknym, doskonałym cieleśnie, aby można było pomóc innemu człowiekowi. Piękno mieszka w sercu człowieka – to kolejne słowa Zygmunta. Piękne i bardzo przekonywujące. – Jeśli chcesz dać komuś coś pożytecznego i wiecznego, daj mu wymodloną radość od Boga i niech się zwiększa ten krąg radości – to słowa artysty, którego niektórzy nazywają ambasadorem Bożej miłości. Z wdzięczności Bogu za tę wielką, niezwykłą przemianę życia postanowił wspierać dzieła pomagające ludziom potrzebującym zainteresowania i wsparcia. Tym samym chce spłacić swój dług wdzięczności.

O wdzięczności, cudownej interwencji Boga w swoje życie Zygmunt opowiada w wielu miejscach. Organizuje spotkania w kościołach, takie jak to, w nadnarwiańskiej Ostrołęce, a także w domach dziecka, szpitalach ,domach pomocy społecznej, więzieniach i innych placówkach na terenie całego kraju. Od wielu lat jeździ po Polsce i świecie i dziękuje Bogu za otrzymane dary. Gra i śpiewa, sprzedaje płyty ze swoimi nagraniami, nazywając je cegiełkami Miłosierdzia. Dzięki nim udało mu się sfinansować wiele pięknych dzieł. Zygmunt przyczynił się m.in. do budowy pięciu kościołów, Hospicjum św. Brata Alberta w Dąbrowie Tarnowskiej, szkoły dla dzieci niepełnosprawnych w Wieliczce, Domu Samotnej Matki w Krakowie.

Często podkreśla: ”Jestem żywym przykładem dobroci Boga. To dzięki Niemu mogę tak wiele”. Nosił już różne imiona. Był Józkiem, Tomkiem, Zbigniewem do momentu, gdy dowiedział się, a miał już 24 lata, że drogą urzędową może przybrać na stałe jedno nazwisko i imię, imiona rodziców oraz datę urodzenia. Nie uciszyło to jednak jego pragnienia poznania swoich rodziców.

Wędruję już tyle lat po świecie i mam nadzieję, że może kiedyś o mnie usłyszą, przypomną sobie, podejdą do mnie, chcę im podziękować za to, że nie wyrzucili mnie na śmietnik, tylko pozostawili pod opieką lekarzy.

Tyle za nim cierpienia, tęsknoty i samotności, i taka wspaniałomyślność przebaczenia tym, którzy ograbili go z dzieciństwa, domu rodzinnego, skazali na życiową tułaczkę. I jakby za to wszystko, za lata cierpień i upokorzeń otrzymał aż tyle talentów. Ale to nie wszystko. Miał duże zaległości w podstawówce i zawodówce. Nadrabiał je wyjątkowo szybko. W szkole średniej był już najlepszy. Maturę zdał w Poznaniu, w szkole dla niepełnosprawnych. Był prymusem, dlatego bez egzaminów wstępnych dostał się na Akademię Górniczo-Hutniczą i Akademię Ekonomiczną w Krakowie, gdzie uzyskał absolutorium z cybernetyki. Jeszcze podczas studiów zaczął pisać teksty piosenek i komponować do nich melodie. Świetnie opanował grę na gitarze. Jest też doskonałym rysownikiem.

Duży wpływ na drogę życiową Zygmunta wywarł Ojciec Święty Jan Paweł II. Miał szczęście spotkać kardynała Wojtyłłę u karmelitów bosych w Krakowie na ulicy Rakowickiej i u jezuitów na ulicy Kopernika. Ówczesny kardynał organizował ze studentami spotkania duszpasterskie, na których poszerzał swoją wiedzę teologiczną i religijną. Miał duże braki, bo w państwowych domach dziecka i sanatoriach, gdzie głównie przebywał, z praktykami religijnymi miał niewiele wspólnego. Dopiero podczas studiów mógł regularnie chodzić do kościoła. Z tamtego okresu zapamiętał mądre słowa kardynała Wojtyłły: póki rzecz będzie ważniejsza niż człowiek, zło na ziemi będzie triumfować.

W 1985 roku we wrześniu razem z karmelitami bosymi pojechał na pielgrzymkę do Rzymu, na dziedzińcu w Castel Gandolfo, gdzie papież Jan Paweł II odprawiał Mszę Świętą, otrzymał propozycję zaśpiewania dla papieża. Występ w Castel Gandolfo otworzył mu drzwi do wielu krajów świata, po których podróżuje, przekazując ludziom świadectwo o swoim życiu i o dobroci i miłosierdziu Boga. Chwaląc pieśnią Boga odwiedził ponad 30 krajów świata, dawał koncerty w ponad 1000 parafii i kilkuset ośrodków świeckich, jak szkoły, sanatoria, różnego typu ośrodki i domy dziecka. Misję tę realizuje od lat, chwaląc i wielbiąc Boga. Koncerty przynoszą piękne owoce przemiany ludzkich serc, zachęcają do dobroczynności.

Tak też było na koncercie w Ostrołęce. Występ Zygmunta wzbudził ogromne zainteresowanie. Znaczna grupa słuchaczy po koncercie kupowała nagrania, wiedząc, że ze środków uzyskanych z nich, zrodzi się kolejne dobro.

Bożena Chojnacka

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj