Jesteśmy świadkami kryzysów rodzinnych, wzrostu rozwodów, trudności w wychowaniu dzieci z jakimi boryka się wiele rodzin. A jednocześnie żyją wśród tacy, którzy tego typu trudności nie mają. Potrafią cieszyć się sobą, czerpać satysfakcję z osiągnięć dzieci.   

O Iwonie i Wojciechu z Łomży woj. podlaskie mówią, że są niezwykłymi ludźmi, niezwykłymi małżonkami i rodzicami dwojga dorosłych dzieci. Mają za sobą 30 lat małżeństwa. Oboje są urzędnikami, pracują w biurze.   

Wielokrotnie spotykamy się z opinią  naszych znajomych, że spostrzegają nas jako małżeństwo, które nie przeżywa problemów. Często z ich ust padają słowa „z wami jest inaczej”. – Czytam historię życia p. Komorowskich. – Odpowiadamy wówczas, że my również mamy swoje kłopoty i problemy, radości i trudności. Wiemy jednak, że tym, co pozwala nam każdego dnia odnawiać naszą relację jest obecność Boga w naszym życiu. To on daje nam siłę do przebaczenia i zapomnienia tego, co przykre. Doświadczamy tego we wspólnej modlitwie, która ma moc uzdrawiania naszych serc. Niejednokrotnie zdarzały się sytuacje, w których poróżniliśmy się i byliśmy na siebie obrażeni. Przeżywając jednak wieczorem wspólną modlitwę, czuliśmy nie raz, jak Bóg uzdrawiał nas ze wszystkich złych emocji i sprawiał, że to co złe uchodziło z nas.  

Jacy święci   

Nigdy przed sobą nic nie skrywamy, wszystko co mamy jest wspólne, łącznie z rachunkiem bankowym. Staramy się zawsze być uczciwymi wobec siebie, nie mamy przed sobą żadnych tajemnic. Zawsze podejmujemy wspólnie decyzje dotyczące naszej rodziny. Pierwszą osobą, która dowiaduje się o tym, co istotne w naszych osobistych przeżyciach jest mąż lub żona. Wykorzystujemy każdą chwilę, kiedy możemy być razem. Dlatego wspólnie wykonujemy obowiązki wynikające z życia rodzinnego. Razem przygotowujemy posiłki, sprzątamy mieszkanie i wspólnie wykonujemy inne prace.   

Przewartościowaliśmy nasze życie, zaczęliśmy żyć wiarą w sposób świadomy w rzeczywistości, w której się znaleźliśmy. Taka radykalna zmiana niewątpliwie wywołała reakcje wśród bliskich i znajomych. Początkowo wiązało się to z ośmieszaniem oraz niezrozumieniem naszej postawy. Często słyszeliśmy słowa „jacy święci”, „nie macie co robić, więc chodzicie na te wasze modlitwy”.  

Spotykając się nawet w gronie najbliższych, widzieliśmy ich skrępowanie kiedy rozpoczynaliśmy posiłek modlitwą, czy podejmowaliśmy w rozmowie temat wiary i Boga. Dzieląc się swoimi przeżyciami duchowymi, często byliśmy niezrozumiani. 

Nasza niezmienna postawa z biegiem czasu sprawiła, że dla wielu staliśmy się autorytetem. Dziś doświadczamy sytuacji, gdy proszą nas o modlitwę w ich intencji, czy w trudnych chwilach zwracają się o pomoc i radę. Wielu ludzi dziękuje nam za świadectwo życia, które przyczynia się do odnowienia ich wiary.  Zapewnia o modlitwie, abyśmy wytrwali na drodze, która podążamy.  Nasza postawa przyczyniła się do głębokiego nawrócenia osób nam bliskich.  

Życie z Bogiem to wielka przygoda   

16 lat temu w naszej parafii Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Łomży pojawiła się wspólnota Gloriosa Trinità. Od razu odczytaliśmy, że jest to odpowiedź Boga wobec naszego pragnienia.   Wspólnota stała się dla nas darem, który wprowadził nas w głębię odkrywania i poznawania Boga oraz świadomego przeżywania wiary. Bycie we wspólnocie sprawiło, że w naszym życiu pojawiła się codzienna medytacja Słowa Bożego, codzienna Eucharystia i adoracja Najświętszego Sakramentu.   

Co znaczy być człowiekiem wiary? To jedno z pytań, które kieruję do moich rozmówców Iwony i Wojciecha. Szalejąca pandemia uniemożliwia osobiste spotkanie. Kontaktujemy się telefonicznie, korzystamy z internetu.   

Dla nas być człowiekiem wiary to przede wszystkim nasze osobiste nawrócenie i codzienne życie zgodne z nauką Jezusa i jego przykazaniami, w szczególności miłość Boga i bliźniego. To również dochować wierności Bogu. Przyjąć Go jako jedynego Pana mojego całego życia. To również wypełniać nasze powołanie bycia dobrym mężem, żoną, ojcem, matką, ale także pracownikiem.  

Być człowiekiem wiary to również włączenie się w głoszenie dobrej nowiny. W szczególności przekazanie jej naszym dzieciom. Wiara to wielki dar łaski od Boga i tylko od naszej decyzji zależy, czy na ten dar otworzymy nasze serca, i będziemy nim żyć i w nim wzrastać. Raz dokonawszy wyboru zawsze wybierać muszę, to słowa, które wypowiedział św. Paweł i którymi kierujemy się w naszym życiu. Dla nas oznacza to, że raz wybrawszy Jezusa jako Pana naszego życia, w każdym dniu wybieramy Go na nowo, aby dochować wierności i nie stać  się antyświadectwem dla innych.  

Spełnione marzenia  

Nie oznacza to, że porzuciliśmy swoje dotychczasowe życie zawodowe, czy zaniedbaliśmy nasze obowiązki rodzinne. Nie ukrywamy, że na początku naszej drogi formacyjnej mieliśmy pewne obawy, czy podołamy, czy wystarczy czasu na wszystkie sprawy, czy angażując się bardziej w życie Kościoła i wspólnoty nie zaniedbamy obowiązków wychowawczych względem dzieci.   

Jedną z pierwszych decyzji, którą podjęliśmy, to rezygnacja z oglądania telewizji. Uznaliśmy, że to czas tracony, który nie wnosi nic zarówno w nasze małżeństwo, relację z dziećmi, a tym bardziej rozwój duchowy. Życie z Bogiem okazało się wielką przygodą. Nie straciliśmy nic, a zyskaliśmy wiele. On sprawił, że nasze życie jeszcze bardziej stało się poukładane i harmonijne.  

Szybko okazało się, że mamy czas na wszystko, zarówno na pracę zawodową, czas dla siebie, dzieci i Boga. Żyjąc z Bogiem, doświadczamy jego uprzedzającej miłości, która wyraża się w tym, że zanim my o czymś pomyślimy, On już to sprawia. Nieustannie nas zaskakuje. Bóg odebrał nam wszystko co zbędne, dając to, co potrzebne w walce dnia codziennego. Wzmocnił naszą miłość do Niego i bliźniego oraz miłość małżeńską. Wyostrzył nasze spojrzenie, nauczył nas słuchania innych. Dał odwagę wejścia w życie bliźniego, aby doprowadzić go do Jezusa.  

Sprawił również, że spełniły się nasze marzenia, które mieliśmy na początku małżeństwa. Udało się nam stworzyć szczęśliwą rodzinę, wybudować dom, wykształcić dzieci i co najważniejsze zaszczepić w nich żywą wiarę.   

Niedzielne atelier   

Od początku naszego małżeństwa niedzielę traktujemy i przeżywamy jako dzień święty, poświęcony Bogu i rodzinie. Przede wszystkim w tym dniu staramy się być razem. Mimo, iż nasze dzieci są poza domem, bo na co dzień uczą się i pracują w Warszawie, to kiedy tylko jest to możliwe, spędzają weekend w domu. Niedzielę rozpoczynamy wspólnym śniadaniem, w czasie którego prowadzimy długie rozmowy, dzieląc się tym, co przeżyliśmy w ciągu tygodnia.   

Na godzinę 12. idziemy do kościoła na mszę świętą wspólnotową. Obydwaj z synem jesteśmy lektorami, więc posługujemy czytając słowo Boże, córka pięknie śpiewa, więc posługuje muzycznie. Po mszy wracamy do domu na obiad, a następnie najczęściej wyjeżdżamy do rodziny na wieś. Bardzo ważnym punktem każdej niedzieli, ostatnich 15 lat jest spotkanie modlitewne (atelier). Odbywa się ono w naszym domu o godz. 19, uczestniczy w nim ok. 10-12 osób. Modlimy się spontanicznie, słuchamy katechezy kapłana, czytamy słowo Boże i dzielimy się świadectwem wiary. To niezwykły czas spotkania z Bogiem w jego słowie, ale też spotkania z drugim człowiekiem, który tak jak my pragnie podziękować Bogu za przeżyty tydzień i prosić o błogosławieństwo na nowy.    

Bliskie relacje  

Jesteśmy rodzicami dwójki dorosłych już dzieci, córka ma 27 lat a syn 24. Zawsze mogliśmy cieszyć się osiągnięciami i sukcesami naszych dzieci. Nigdy nie sprawiły nam problemów wychowawczych. Bardzo dobrze się uczyły i były bardzo grzecznymi dziećmi.     

Nasze relacje z dziećmi zawsze były bardzo bliskie i pomimo tego że teraz są już dorosłe i mają już własne sprawy staramy spędzać razem nasz wspólny czas. Dzieci często przyjeżdżają do domu, ale kontakt z nimi mamy praktycznie każdego dnia. Często, w trakcie dnia wysyłamy sobie smsy, życząc dobrego dnia, albo po prostu pisząc proste, a zarazem tak ważne słowa „ Kocham Cię”.  

W naszej rodzinie zawsze było też dużo czułości i nawet teraz, mimo, że syn i córka nie są już małymi dziećmi, często przytulamy się a przed snem zawsze życzymy sobie błogosławionej nocy, składając pocałunek na ich czole. Jako rodzice zapewne moglibyśmy dużo mówić na temat swoich dzieci. Każdego dnia odkrywany ich piękno i widzimy jak wzrastają. Wiele razy zaskakują nas swoją dojrzałością spostrzegania świata.  

Bardzo lubimy z mini rozmawiać. Kiedy były małe to my uczyliśmy ich życia, dziś, gdy dorosły, to one mogą być dla nas nauczycielami w wielu sprawach. Na pewno są dobrymi ludźmi, mają w sobie dużo empatii. Są bardzo otwarci na ludzi, chętnie angażują się w pomoc drugiemu człowiekowi. Jako rodzice cieszymy się, że nasze dzieci żyją wiarą, w której staraliśmy się je wychować. Są bardzo zaangażowane w życie wspólnoty Kościoła, w szczególności naszej wspólnoty Gloriosa Trinità. Są ludźmi, którzy wymagają od siebie zarówno w przestrzeni duchowej, jak też zawodowej. Oboje są ludźmi wykształconymi. Córka jest magistrem biotechnologii, aktualnie skończyła II rok studiów doktoranckich. Syn kończy studia magisterskie z informatyki na Politechnice Warszawskiej, jednocześnie pracuje w banku.     

Tatusiu, czy kochasz naszą mamę?  

Na pytanie o receptę na dobre wychowanie dzieci Wojciech wspomina historię sprzed lat, która dała mu dużo do myślenia.   

Pamiętam sytuację, która miała miejsce w naszym domu. Przed 11 laty moja żona wyjechała do Katowic, gdzie przez miesiąc opiekowała się swoim bratem, który był po przeszczepie szpiku kostnego – opowiada. –  Ja z dziećmi zostałem w domu. Starałem się wypełniać obowiązki rodzicielskie jak najlepiej, aby dzieci nie odczuły braku mamy. Bardzo tęskniłem za żoną i myślę, że dzieci to dostrzegały. Pewnego wieczoru syn, który miał wówczas 13 lat, przeszedł do mnie, gdy siedziałem zamyślony przy stole, siadł mi na kolanach i zapytał: tatusiu, kochasz naszą mamę? Odpowiedziałem, że bardzo kocham. Syn wtulił się we mnie, objął mnie za szyję i nic już więcej nie musiałem mówić.   

Sytuacja ta utwierdziła mnie w pewności, że dzieciom do dobrego rozwoju potrzebna jest miłość wzajemna ich rodziców. To w niej czują się bezpieczne, jest ona naturalnym środowiskiem do ich wzrastania i wychowania. Naszym zdaniem błędem rodziców jest skupianie całej uwagi na dziecku, które przychodzi na świat, a zapominanie o  potrzebie pielęgnacji i okazywania sobie wzajemnej miłości  przez małżonków. Inwestycja w małżeństwo, to także inwestycja we właściwy rozwój i przyszłość dzieci.   

  Idę po śladach  

Wiele lat temu, uczestnicząc w rekolekcjach wielkopostnych usłyszałem słowa, które utkwiły mi w pamięci – to historia Wojciecha. – Opisywały one obraz ojca alkoholika, który w zimowy, śnieżny wieczór wyszedł do baru po alkohol. Idąc w zawiei, obrócił się i zauważył, że idzie za nim jego mały synek. Ojciec powiedział do niego „synku wracaj do domu bo zabłądzisz”. Na to synek odpowiedział „nie zabłądzę tato, bo idę po twoich śladach”.   

Obraz ten stanął mi przed oczami w sytuacji, gdy moja żona wraz z dziećmi wychodziła w zimowy wieczór na jedno z pierwszych spotkań atelier (2005 r.) do domu naszych znajomych. Mimo iż prosiła mnie, abyśmy poszli tam razem, odmówiłem. Chciałem pozostać w domu, uznając, że sobotni wieczór jest czasem mojego odpoczynku i mogę go spędzić oglądając dobry film. Po ich wyjściu z domu podszedłem do okna i zobaczyłem ślady na śniegu, które pozostawiał mój ośmioletni synek. W mojej głowie wzbudziła się refleksja, jakie ślady ja zostawię dla syna, aby mógł po nich przejść.  

Czy będą to ślady mojego egoizmu, lenistwa, wygodnictw, czy też pozostawię ślady autorytetu prawdziwego ojca, ślady wiary dla swoich dzieci? Szybko ubrałem się i pobiegłem za swoją rodziną. Od tamtej chwili staram być prawdziwym świadkiem wiary dla swoich dzieci.  

Jednym z przykładów naśladownictwa rodziców przez dzieci jest sytuacja, gdy wielokrotnie zachęcałem syna, jako małe dziecko, aby został ministrantem. Nigdy nie miał odwagi tego zrobić. Pewnej niedzieli, kiedy ja stanąłem przy ołtarzu w służbie liturgicznej, stałem się zachętą dla mego syna. Po mszy podbiegł do mnie z wielką radością i powiedział „tatusiu, ja też chce być ministrantem tak jak ty”.  

Od tego momentu do dziś obydwaj wspólnie służymy do mszy świętej, będąc także lektorami.  Kolejnymi przykładami potwierdzającymi, że dzieci czerpią z rodziców wzorce jest to, że zarówno córka, jak i syn widząc, iż codziennie rozważamy słowo Boże, poprosiły nas, aby prezentem na ich 18 urodziny było Pismo Święte. Nasz syn widząc świadectwo mojej abstynencji, również podjął tę drogę, co jest naszą wielką radością.     

Myślimy więc, że receptą na dobre wychowanie dzieci jest świadectwo naszego życia. Nie można bowiem od dzieci wymagać tego, czego sami nie czynimy. Nasze dzieci potrzebują też czasu od nas jako rodziców i nie chodzi tylko o to, aby rodzice byli zawsze w domu  przy dziecku. Bardzo ważne jest dać dziecku „dobry czas”, czyli taki, w którym jesteśmy naprawdę dla naszych dzieci. Rozmawiamy z nimi, słuchamy i służymy pomocą, gdy tego potrzebują. Nasze dzieci doświadczały wielokrotnie sytuacji, że pozostawały same w domu ponieważ my mieliśmy do wypełnienia zadania i obowiązki wynikające z życia wspólnotowego. Zawsze jednak przed naszym wyjściem pierwszą sprawą, która musiała być załatwiona to były dzieci i ich potrzeby w danym dniu.     

Czy możecie dać jakieś rady innym rodzinom, a zwłaszcza takim, które się pogubiły, żyją  obok siebie, albo po prostu rozwodzą się?   

Może dla wielu osób wyda się banalne to co powiemy, ale szczęśliwe małżeństwo i rodzinę można budować tylko na Chrystusie, którego postawimy w centrum naszego życia. Dla nas  jest on  fundamentem życia małżeńskiego i rodzicielskiego.  

Tyle i aż tyle.  

Przygotowała: Bożena Chojnacka     

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj