Tak zwracał się do Tomasza jeden z mieszkańców Ostrołęki pełniący ważną funkcję w ratuszu. Pan Tomasz ratuje stare, zniszczone egzemplarze, reperuje i oprawia książki, za które niegdyś płacono talarami. Przywraca do stanu używalności książki z okresu powstania listopadowego.

Pochodzi z rodziny o tradycjach patriotycznych. W zakładzie na ścianie wisi pamiątka po dziadku – obraz patrolu z powstania styczniowego. Ma stałych klientów z Mazur i Kurpiowszczyzny, obsługuje połowę Podlasia. Zgłaszają się do niego urzędy miejskie i gminne. Dla szkół oprawia arkusze ocen, oprawia książki na zlecenie bibliotek.

”Takich mistrzów w tym fachu jak pan Tomasz nie znajdzie pani w naszym mieście. Ma bardzo dużo zleceń” – chwali introligatora inny fachowiec zajmujący się pokrewną dziedziną. – ”Niech pani próbuje, może znajdzie dla pani czas.”                                            

Domek na górce, „przy ogrodzeniu z białej cegły, która poszarzała przez lata, rosną leszczyny. Tak trafi pani do mojego domu” – udzielił wskazówki, gdy udało mi się umówić na rozmowę. Gdy zmierzałam do zakładu mistrza introligatorstwa, utkwił mi w pamięci opis domu. To ogrodzenie i te leszczyny nie zostały powiedziane ot tak, mimochodem. W tym ciepłym, na pozór zwyczajnym opisie, krył się emocjonalny stosunek właściciela introligatorni do przeszłości, do historii swojej rodziny, drogich i ważnych pamiątek z przeszłości. Potem, gdy spotkaliśmy się w jego zakładzie, dzielił się opowieścią o historii rodziny. Wątek rodzinny, różne koleje losy zaprzątały uwagę Tomasza, ale były też wspomnienia z dzieciństwa.

Opowiadał o tym, że dzięki temu, że jego dom stał na górce, ominęły ich powodzie i podtopienia. W słynną powódź, kiedy to wylała Narew, do ostrołęckiej szóstki dopływał kajakiem. Wszędzie była woda, włącznie z Placem Bema, kiedyś centralnym miejsce miasta. Jak potem wynikało z jego opowieści walczył o tę posiadłość wszystkimi siłami. Pozostawił na tej działce wiele potu, a także łez. Pewnie mieli mniej szczęścia niż inni mieszkańcy okolic, że tę posiadłość chciano nabyć na działki. Widocznie miejsce to było wówczas bardzo atrakcyjne. Gdy budowany był ten dom i stawiane ogrodzenie z cegły, mały Tomek mógł jedynie donieść na miejsce jedną cegłę, dwie były już dla chłopca za ciężkie. 

Patrzyłam na okolice, do których rzadko docierałam. Co tu było tak bardzo interesującego? To była jedna ze starszych części miasta, starorzecze Narwi. W obecnym zakładzie mieściło się małe gospodarstwo ze świnkami, królikami, kurami. Tak kiedyś było. Od domu Tomasza do Narwi był niedaleko.

“Wychodziło się na łąki, wchodziło w aleje z czerwonej wikliny, dalej były stawy i wychodziło się na plażę. Stało tam 20 łodzi i nasz kajaczek” – wspomina Tomasz. – „Życie nad Narwią upływało w atmosferze radości. Pamiętam, gdy wysłano mnie na kolonie nad morze, siedziałem na piasku i nie mogłem ukryć żalu, że nie jestem u siebie nad Narwią. Myślałem wówczas, za co spotkała mnie kara, przecież dobrze się uczę, nie psocę zanadto, a więc za co mnie tu wysłano?”. Nie rozumiał decyzji rodziców, a tak przecież było w tych czasach, wyjazdy dzieci pracowników na wakacje i obozy były w modzie, niemal obowiązkowe. Rozumiem smutek i tęsknotę Tomasza, podobnie źle znosiłam te wyjazdowe kolonie gdzieś w Polsce. Nad Narwią było najlepiej.

Podczas tych wspomnień twarz Tomasz rozjaśnia uśmiech. Okrasza swoje opowieści z przeszłości szczęśliwym dzieciństwem. W jego dorosłym życiu mniej było momentów do radości. Tata po strasznych przejściach wojennych i okresu powojennego zmarł bardzo wcześnie, mając zaledwie 48 lat. Dom, w którym się urodził, dorastał i założył rodzinę, był miejscem życia trzech pokoleń. Zadaniem, a wręcz obowiązkiem który odczuwał, było utrzymanie tego gospodarstwa w jednym ręku. Czynił to z ogromnego sentymentu do tego miejsca. Pamięć o ojcu jego trudnym życiu jest ciągle obecna w jego sercu, nie jest w stanie wyrzucić z niego wspomnień o trudnych przeżyciach rodziców, dziadków. Przeżycia z dzieciństwa odcisnęły się także w życiu starszej siostry Tomasza. To, przez co przeszli ich rodzice, to oddzielny temat dla  osób badających powojenne losy Polaków.

Jak został introligatorem? Zmusiły go do tego okoliczności. Razem z innymi pracownikami stracił etat po likwidacji zakładu, gdzie pracował jako technik elektroenergetyk. Pozostał na bruku. Chłop, który mógł dęby wyrywać, pozostał na utrzymaniu rodziny, bo z mizernego zasiłku nie mógłby wyżyć. Siadła psychika, walczył z przygnębieniem. Na szczęście pomógł kolega, którego dziadek był introligatorem. Zaczął uczyć się nowego zajęcia, podglądał pracę przy naprawie zniszczonych książek, wydawnictw. I jak to w życiu bywa, uśmiechnął się do niego los.

Wkrótce znalazł zajęcie w drukarni, płacili grosze, ale dla niego ważne było poznanie nowego fachu. Uczył się układać składy, poznawał pracę maszyn. Polubił to zajęcie. Rozpoczął pracę na swoim. Zakupił sprzęt do introligatorstwa; prasę, ściski, gilotynę, materiały, płótno lniane, materiały pokryciowe.

“Nowy zawód daje mi możliwość utrzymania domu i rodziny od 30 lat. To się liczy. Dochowałem dziadków, mamę, zachowałem spuściznę w jednym ręku. Chwalono mnie za to, bo nie w każdej rodzinie tak się dzieje. Nasza tak wiele przeżyła, że nie wyobrażam sobie, abym mógł postąpić inaczej.

Legie, zszywarka, gilotyna

“Do naprawy książki potrzebne jest duże doświadczenie, lata mozolnej pracy. Poszczególnych czynności, etapów pracy uczyłem się od doświadczonych introligatorów. Najpierw trzeba książkę rozebrać na części pierwsze na warstwy, tzw. legie, aby zająć się reperacją zniszczonych kartek. Mam przygotowane paski do podklejania, w odpowiednich kolorach, najbardziej pasują te ze starych książek. Potrzebne są ostre nożyki, różnego rodzaju pędzle, młotek, odpowiedniej gęstości klej. Warstwy naprawionej książki wzmacnia się dorobionymi z płótna koszulkami, następnie wycina się miejsce na dziurki, które potem zszywa się na zszywarce. Zszywarka to nic innego jak kawałek drewna z haczykami. Zszywanie to jedna z najbardziej pracochłonnych czynności. Przy rozbiórce, naprawie, podklejaniu, profilowaniu, nacinaniu, trzeba wykazać się cierpliwością, precyzją i dokładnością. Po wykonaniu niezbędnych czynności pozostawia się książkę do wyschnięcia i przechodzi się do okładki. Okładkę robi się z trzech części. Wyżyna się grzbiet i rogi na gilotynie, z płótna lnianego wycina się rogi  i grzbiety, wkleja koszulki, wykłada okleiną środek okładki. Po drodze dokonuje się opisy na grzbietach lub na przedniej okładce, oraz wkleja koszulki do wewnętrznej strony okładki. Aż trudno zliczyć ile czynności trzeba wykonać, żeby stara, zniszczona książka uzyskała nowy wygląd po tak żmudnej pracy naprawczej. 

Trochę historii

Introligatorstwo powstało w ok. III wieku. W późnym średniowieczu powstały pierwsze organizacje cechowe introligatorów. W 1814 roku po raz pierwszy zastosowano prasę drukarską z napędem mechanicznym, a w 1840 roku wynaleziono krajarkę, a 30 lat później zszywarkę. Jest to bardzo stare rzemiosło, a stosowane techniki nie zmieniły się na przestrzeni wieków. Ciągle jest to praca wykonywana głównie ręcznie przy użyciu naturalnych materiałów i tradycyjnych metod. Pana Tomasza z Ostrołęki ten rodzaj zajęcia uspakaja. Ma dwóch synów, może z czasem któryś z nich pójdzie w ślady ojca?

Bożena Chojnacka

2 KOMENTARZE

  1. To prawda.Pan Tomasz z Ostrołęki/woj.mazowieckie/ jest cenionym fachowcem.Swoją wieloletnia pracą zasłyżył na taka opinię. Na uwage zasługuje rownież jego oddanie dla utrzymania w jednym ręku rodzinnej spuścizny.Nie było mu łatwo dokonac tego,ale więzi emocjonalne z rodzinnym gniazdem dawaly mu siłę.

Pozostaw odpowiedź Bozena Chojnacka Anuluj odpowiedź

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj