.

Nie jest dobrze. Dopadają mnie ataki paniki i wtedy wizja przyszłości wygląda jak Arabka okutana w czarną szatę. Jej nieruchome, głębokie oczy, w których można się utopić, ale nie można dotrzeć do żadnej odpowiedzi, potwierdzają, że po niewidocznej pod czernią reszcie twarzy na pewno nie błąka się żaden uśmiech. Nawet pół uśmiechu.

Ratuję się jak mogę. Zdrowie odżywianie, suplementy, melatonina, sport. Po raz pierwszy od czasów liceum biorę na klatę bez zadyszki 5K. Komputer zamykam o 20-tej, telefon zamykam w pralni (pomieszczenie najbardziej oddalone od reszty pomieszczeń w domu) najpóźniej godzinę później. Do tego pełen odpoczynek w weekend, preferencyjnie na świeżym powietrzu. Okazji mnóstwo bo sezon ogrodowo-sadzonkowy w pełni, a moje zagonki to już od dawna nie raczkujący ogródeczek, a w pełni rozwinięte ogrodzisko, potrzebuje więcej uwagi i pielęgnacji, niż jestem w stanie mu dać. 

Wszystkie te zabiegi sprawiają, że raz na trzy dni udaje mi się przespać noc, a energii starcza akurat na tyle, by nadrobić obowiązki domowe. Niestety, poczucie, że trzymam się zbocza nad urwiskiem już tylko paznokciami i kolejny podmuch silniejszego wiatru strąci mnie ostatecznie i tak się z każdym dniem wzmaga. 

Znajomi po tej stronie świata nazywają ten stan „60 dni maja”. Maj jest w wielu stanach ostatnim miesiącem szkoły. Myślałam kiedyś, że absurdalny natłok festiwali, występów, koncertów, przedstawień, prac dodmowych i organizacyjnych, w które absolutnie zaangażowany musi być tutejszy rodzic i związany z tym chaos w rodzinnym grafiku oraz większa cyrkulacja kortyzolu we krwi to specyfika wcześniejszych lat szkoły. O naiwności! 

Bloggerka o tekstylnym nicku Jen The Hatmaker, której marką są zapiski z codziennego życia rodziny, a ambicją – zastąpić Ermę Bombeck, onegdysiejszą pierwszą damę rodzinnego humoru w rubrykach lifestylowych syndykowanych w prasie w całym USA, tak przedstawiła własne refleksje na temat „60 dni maja”:  Mamuśki! Pamiętacie jak na początku roku szkolnego pakowałyście pociechom pomysłowe i pożywne lunche i już wieczorem wykładałyście ubrania na następny dzień, a na biurku miałyście specjalne, oznakowane półeczki z folderami na każdą okazję w tym korespondencję ze szkoły i odrobione prace domowe? Jeśli o mnie chodzi to w chwili obecnej ja wciąż taka jestem, tylko dokładnie na odwrót. Przez linię mety ciągniemy się ostatkiem sił, moje drogie. Wypadłam z toru gdzieś w kwietniu i to w ogóle cud, że moje dzieci wciąż chodzą do szkoły. Folderów z ich pracą domową nie sprawdzałam od trzech tygodni, bo nie mogę. Nie dam rady. Nie. Mam. Na.To. Siły. To gdzieś w domu w ogóle są jeszcze jakieś foldery na pracę domową? Coś takiego! Czy wy tam, pozostałe mamuśki, sprawdzacie jeszcze te foldery? Wiecie co? Nic mnie to już nie obchodzi.

Pośmiałam się czytając wyznania Jenny Od Kapeluszy i na chwilę poczułam nawet jak moja panika uśmiecha się pod nosem, luzując przy tym ucisk w okolicach serca i gardła. W tym roku Młodsza wspięła się na kolejny, chwalebny szczebel rozwoju i prawie nie musiałam już ani przypominać jej o lekcjach, ani takowych sprawdzać. Z wyjątkiem, gdy dostawałam maile od nauczycieli, żeby akurat spojrzeć i przypilnować, bo jakiś test czy wypracowanie będą ważniejsze od innych. Żeby mieć problem jak najszybciej z głowy, zapędzałam Młodszą do pracy hurtowo, na całe popołudnie albo weekend, i potem znów przez jakiś czas był fajrant.

Jenny Od Kapeluszy, tak jak ja gdy byłam w jej butach (lub kapeluszach) żywi zapewne wielkie nadzieje, że za kilka lat będzie lepiej.  Może już wtedy, gdy dzieci pójdą do gimnazjum, w liceum na pewno.  O, Jenny… Czy zapomniałaś, że system edukacyjny w Ameryce skonstruowany jest wyjątkowo perfidnie jeśli chodzi o oszczędzanie rodzicielskich nerwów, zwłaszcza w okresie „60 dni maja”? Do jeszcze większej ilości testów wiedzy wszelakiej, którymi bombardowany jest koniec roku szkolnego w gimnazjach i liceach, dochodzą przecież zaliczenia semestralne – system całkiem podobny do tego, jaki obowiązuje na studiach. Czy zapomniałaś, że każda ocena z każdego zaliczenia począwszy od pierwszego semestru pierwszej klasy liceum staje się podstawą wyciągania średniej, która wraz z aplikacją na studia i wynikami z tutejszych odpowiedników matury wędruje do wglądu Surowej Komisji Rekrutacyjnej Na Studia?

Nie jestem (zbyt wielką) przeciwniczką pewnej dozy stresu, która dopinguje i motywuje do pracy. Nie jestem jednak, choć Bóg mi świadkiem, jak bardzo się staram, przekonana, że wieloletni stres związany z tym, by mieć świetne oceny ze wszystkiego jak leci, bez względu na uzdolnienia i predyspozycje jest najwłaściwszą drogą. Że jest obowiązkiem już 14-letniego humanisty stresować się faktem, iż jest z góry skazany na gorszą średnią w związku z brakiem talentu do matematyki, a matematyka, że „zawala” średnią przez braki talentu do pisania wypracowań. Abstrahując nieco od wątku – zastanawia mnie od wielu, wielu lat, czym kierują się Amerykanie trwając przy tym systemie? Bo jeśli dobrem ucznia i standardami jego edukacji, to jedyne co na pewno z tej praktyki wynika to zarobki dla firm farmaceutycznych za leki na nerwicę i depresję. Nie ma żadnej przypadkowości w fakcie, że na naszych oczach te zarobki na młodzieży szkolnej rosną lawinowo. Wyższe koszta studiów zwalają przecież na ramiona dzieci dodatkowy stres związany z walką o dostępne stypendia zdolne obniżyć koszt edukacji wyższej. Średnia ocen ma przy ich rozdziale kluczowe znaczenie. 

Od kilku lat moje osobiste „60 dni maja” upływa pod znakiem skrajnego zmęczenia i stresu nie tylko dla moich córek, ale i dla mnie, bo jestem w ich życie i edukację zaangażowana. Nie wiem, czy należę do większości, czy mniejszości rodziców, którzy w pewnym momencie bardziej, niż o średnią z ocen i wyniki testów zaczyna obawiać się o stan psychiczny swego dziecka. Uprzedzam jednocześnie i bardzo proszę wszystkich, którzy albo jeszcze nie mają, albo już dawno nie mieli w domu nastolatków z liceum – zapewniam, że stres nie wynika tutaj z żadnego lenistwa, migania się i prokrastynacji, za które się potem płaci, ani nie jest wynikiem żadnych innych „wad i okoliczności rozwojowych” stereotypowo nastolatkom przypisywanych.  Jest realny, uzasadniony. Jest naprawdę wielki. 

Chciałabym, za przykładem Jenny od Kapeluszy, móc wypaść z toru i zadeklarować, że w pewnym momencie, z braku sił, przestaje mnie to wszystko obchodzić. Ponieważ w grę wchodzą nie tylko oceny, ale i zdrowie mojego dziecka, jest to niemożliwe. Od jakiegoś czasu  reperuję więc te siły spożywając końskie dawki preparatów z magnezem. Nie dają gwarantu sukcesu, ale okazjonalnie pomagają wygrać z kortyzolem i głębiej odetchnąć. W poprzednich latach odkryłam już: jogę, akupunkturę, galerię oddechowych technik relaksacyjnych, terapię zielenią, terapię muzyką, terapię shoppingiem. Celowo pomijam farmakologię, którą też, niestety, odkryłam. Aż trudno usiedzieć w miejscu – ciekawe co przyniesie przyszłość?

.

Eliza Sarnacka-Mahoney

.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj